KOTLET Z SOSEM

-Tato! Spadło mi.

Kolejka. Człowiek za człowiekiem. A ja naprzeciw tej kolejki. Obserwuję. Zresztą nic innego nie mam do roboty poza przeżuwaniem. Trafił mi się przesolony kalafior i za grube frytki. Ale wszystko mogę popić przychylającym mi nieba koktajlem. Truskawki i truskawki i jakiś nabiał. Matko jakie to dobre. Za ten napój wybaczam im i za grube frytki, i przesolonego kalafiora.

blog160
Siedzę, a ci ludzie jak jedna wielka masa przesuwają się poprzez różne pojemniki z jedzeniem: ziemniaki, frytki, surówki w dziesięciu smakach, cztery sosy, trzy napoje i jakieś mięsa. Przechodzą, zmieniające się barwy koszulek i wzrost. Jakbym widziała obrazki z książek od fizyki, albo bańki mydlane na wietrze. Jeden duży, drugi mały. Jeden bardziej różowy, drugi jakiś zielony.

-Jak ci spadło?! Co to znaczy, że spadło!?- Tata chudego chłopczyka podniósł głos. Oj bardzo go podniósł.

Nagle wszystkie oczy zwróciły się w stronę chłopczyka w czerwonej koszulce, bardzo szczupłego chłopczyka, i jego taty. Taty, no jakby na niego nie spojrzeć należącego do tych, co noszą ciuchy w rozmiarze XXL. Ciekawie się ubrali – przez głowę przemknęła mi myśl średnio pasująca do sytuacji. Młody człowiek: czerwona koszulka i czarne spodenki, a jego starszy opiekun: czerwone spodenki i czarna koszulka. I ciekawie ich tusza się rozłożyła Flip i Flap. Jest czarne i czerwone, małe i duże, młode i stare, ciche i krzykliwe, niskie i wysokie. Dwie odwrotności ale…

Pojawiła się emocja. Spadła. Taca z jedzeniem wybranym przez syna spadła na podłogę. Nieopłacone pożywienie leżało teraz w bałaganie, a obok stał syn owego taty: skruszony, zestresowany, z opadniętą do przodu głową, spojrzeniem wbitym we własne obuwie. Widać było, że czeka reakcji taty.

Widelce jedzących zawisły w połowie drogi, gdzieś między stołem a otworem gębowym. Na wysokości szyi. Niektórzy siedzący tyłem do sytuacji obracali się chcąc zobaczyć co to się wydarzyło, skąd ten raban? Zastanawia mnie, czy w obserwatorach pojawiły się emocje? Mogę tylko ze swojej perspektywy określić, że nie, nie pojawiły się u mnie emocje. Poczułam się jak widz na przedstawieniu. Patrzałam ale wewnętrznie nie reagowałam, zewnętrznie też nie, nie poruszyłam nawet powieką. Wszak to nie mój problem, nie moja sprawa. I sądzę, że reszta mimowolnych gapiów podobnie zareagowała. Zatrzymali się, by popatrzeć. Na chwilę, na sprawdzenie czy może coś będą musieli zrobić. Póki co, nie robili jednak nic, poza zatrzymaniem się

Emocje mają to do siebie, że są chwilowe. Trwają tyle, ile potrzebuje mózg na ich wpasowanie w odpowiednią szufladkę. Gorzej jeśli mózg pracuje zbyt wolno i informacja dociera za późno. Wtedy ten krzyk rozemocjonowanego trwa, i trwa, i może się nawet przerodzić w coś bardzo nagannego.

Zakłócony został porządek, masa ludzi już nie poruszała się płynnie. Zielony i czerwony upchnięte koło niebieskiego zerkały na żółtą spódniczkę w kwiatki, a ta zawiesiła się nie mogąc dalej przejść. Jeden człowiek krzyczał, drugi stał jak słup, a kasjerka wołała kogoś do posprzątania. Na szczęście nikt nie został ubrudzony resztkami spadającego sosu.

-Jak to spadło! Jak mogło spaść?!
-Przez przypadek.

Wtedy przyszła mi do głowy dojrzalsza myśl. Przecież ten młody człowiek zapamięta tą wywróconą tacę do końca życia. Będzie sobie przypominał ją za każdym razem kiedy przejdzie obok tej knajpy. Będzie ją pamiętał jako nastolatek, przyciskając mocno do podstawy lady inną, czerwoną lub białą tacę i będzie się starał nigdy więcej tak się nie czuć. Opuściłam głowę na swojego przesolonego kalafiora. Jakie to straszne być takim gapiem. Z plastikowym widelcem w ręku, w bezpiecznej odległości od zdarzeń każdemu łatwo jest patrzeć, łatwo oceniać i łatwo czekać na dalszy bieg zdarzeń.

-No trudno, stało się – tata zniżył głos – wracamy na koniec kolejki.

Emocja opadła. Tata zdążył się opanować, zdążył wyciszyć głos i zdążył pomyśleć „co dalej zrobić”, zanim emocja urosła. Duży pan i jego mały kontynuator genów powędrowali na koniec kolejki. Gdzieś za zieloną, a przed czarną koszulką rozpoczęli „kolejny atak na kotleta”. Pani sprzątająca biegała z miotłą i szufelką.

Wszystko wróciło do normy. Masa ludzi dalej poruszała się. Przybyły jednostki nowe, część obserwatorów zjawiska skończyła posiłek i wyszła. Czarno-czerwoni w spokoju jedli kotleta.
Emocje opadły.

Jedni ludzie są bardziej, inni mniej emocjonalni. Na tych z brakiem emocji mówi się, że są zimni i nieczuli, a ci z ich nadmiarem są uważani za niebezpiecznych i nieprzewidywalnych. A emocje są przecież i dobre, i złe. Nie wszystkie warto tłumic i nie każdą emocję warto rozwijać. Ja ciągle uczę się przeciągać dobre a skracać złe emocje. Tak, uczę się, bo jest sztuką umieć coś, czego nikt poza nami samymi nie jest w stanie nas nauczyć.

TU, JESTEM TU

Ostatnio często bywam na różnych „spędach” jak to się zwykło potocznie określać.  Po części robię to z racji tego, czego się podjęłam, a po części z ciekawości. Po prostu znalazłam coś, co każe mi żyć zgodnie z rytmem miasta. I jestem z tego powodu niezwykle zadowolona. Po całych latach, które oddałam dzieciom, nareszcie odwiedzam miejsca tłumne. W innym niż przed laty charakterze, ale zawsze to coś, i przyznam, że świat z takiej perspektywy wygląda całkiem interesująco. Swoją drogą, nigdy nie przypuszczałam, że w tej właśnie roli będę się czuła tak dobrze, tak niesamowicie dobrze…

 

 

Jako, że przemyślenia, to dziś troszeczkę pofilozofuję, ponieważ w związku z zebranymi w ostatnich miesiącach obserwacjami, mój umysł w kółko chce przetwarzać dane z zakresu autopromocji.

 

Kiedy byłam nastolatką internet raczkował. Były połączenia DialUp na impulsy telefoniczne. Do tego niezbędny był niepopularny dziś telefon stacjonarny. Co trzy minuty przeskakiwał impuls i tym samym powiększał się rachunek do zapłaty. Internet był dobrem luksusowym, na które nie każdego było stać. A nawet jeśli miał to szczęście posiadać do niego dostęp, to dozował go sobie oszczędnie, licząc każdą minutę, jak grosze do złotówki wypływającej co impuls z domowego budżetu.

I tak się dziś zastanawiam: jak wtedy żyliśmy? Czy w ogóle żyliśmy? Skoro dziś, kto nie ma kont na portalach społecznościowych uważany jest za człowieka o wątpliwej sile życiowej, wręcz zmarłego. To taki niesmaczny żart powtarzany z ust do ust, ale nie do końca można go puścić bokiem, żeby sobie przeszedł i poszedł nie wracając, bowiem obserwując społeczeństwo, nie mogę się nadziwić temu, z jaką determinacją ludzie dążą do rozbudowy swojego profilu, takiego zwykłego prywatnego profilu z grillowaną kiełbaską, piwem u znajomych, jakimś pokazem samolotów dajmy na to, albo parady pociągów. Czegokolwiek, byleby było. Prawie każdy  pokazuje fotki typu: ja byłem tam albo tu, z tym, tamtym, obok tego siedziałem…

 

Nie jestem wolna od podobnego szaleństwa, o nie. Co dzień odpalam najpopularniejszy z portali społecznościowych, żeby zobaczyć: co u znajomych, co u znajomych – znajomych – czyli jak dla mnie nieznajomych i co nowego w reklamach. Tu ktoś, coś udostępni, żeby coś wygrać, tamten  coś zachwali, zupełnie o tym nie wiedząc, bo podstępnie go przypisano do jakieś pseudo grupy i tak dalej. Jak z tego wszystkiego mam wydobyć istotne informacje, które mogłyby mnie zainteresować?

 

Wracając jednak do tematu. Nie wiem jak sobie to zrobiliśmy? Jak sobie to zrobiło całe społeczeństwo na globie, ale bardzo się uzależniliśmy od własnego obrazu kreowanego poprzez media, w oczach innych ludzi. A wszystko zaczyna się już od zdjęć profilowych. Potem, jeśli ktoś brnie głębiej w czyjąś oś czasu, robi się jeszcze ciekawiej. Nasz wizerunek to zazwyczaj pełny rynsztunek i mniejsza o podobieństwo do oryginału.

 

Idę na przykład na biegi. Lubię fotografować biegaczy, to zwykle uśmiechnięci ludzie, którzy jeśli zapozują do zdjęcia, to zrobią to perfekcyjnie. Nic tylko zbierać te momenty, osadzać je jak perełki na dysku twardym komputera. Fajnie? No pewnie, że fajnie. Większą sztuką są te zdjęcia, których sam model nie zauważył. Takie z ukrycia, z daleka. Tylko jak tu się ukryć? Przecież nie schowam się w zaroślach, żeby złapać ostrość na liście. Zwykle pozostaje ślepy los, bo są sytuacje, kiedy coś nieplanowanego się wydarzy, ktoś zrobi zamieszanie, wszystkie oczy się na nim zawieszą i powstaje ten idealny moment, chwila dla fotografa. Prawdziwe ujęcie… ach marzenia… duże, małe, średnie marzenia, które choć nie często, ale zdarzają się spełniać.

Niestety, szybciej na fotografii trafia się ktoś, kto jeszcze nie wyszedł z roli (biegacza, uczestnika jakiegoś marszu, manifestanta itp.) a już jest myślami, ba… czynami nawet, gdzieś pomiędzy znajomymi w wirtualnym świecie. Sam sobie strzela fotkę z akcji, robioną z długiego kija, żeby pokazać jaki jest zaangażowany w określone coś. On/ona ma swoje zdjęcie. Za minutę, albo pięć pochwali się wszystkim znajomym i nieznajomym z portalu społecznościowego. W myślach odwiedza  panią Halinkę, brata, koleżankę z pracy i tą zołzę z liceum. A co wynosi z imprezy na której tak szeroko się promuje? Czy coś poza tym zdjęciem?

 

Zapyta ktoś: i co w tym złego? Co? Zapyta raz jeszcze – no co złego?

Ano coraz mniej nas jest obecnych tu i teraz, coraz więcej jest umysłem w zupełnie innym miejscu niż ciałem. I pojawia się pytanie: co tak naprawdę nas cieszy? To, że ktoś zobaczy nasz sukces, czy samo osiąganie sukcesu lub osiągnięcie go? To, że jesteśmy na wspaniałym koncercie w drugim rządzie pod sceną, czy to, że znajomi wiedzą, że jesteśmy na koncercie pod samą sceną. To, że jest  nam z czymś dobrze, czy to, że ktoś mógłby pozazdrościć nam owego dobrostanu?

Jakkolwiek nie patrzeć, widać jedno – jest w nas jakiś niedosyt. A dopełnienie często stanowią te zdjęcia własnej postaci wrzucane znajomym na tablicę. One są jak deser, którym się człowiek zapycha na zakończenie posiłku.    

CZUPEL 11/28

Ciężko mi przychodzi napisanie o Czuplu. Dziwnie to brzmi może powinnam napisać Czupelu? Nie wiem, która forma jest poprawna, w każdym bądź razie góra zwie się Czupel. A dlaczego mi ciężko? Bo mnie ta góra nie przekonała do siebie. Zdecydowanie wspominam ją jako najmniej mi przyjazną, przynajmniej jak do tej pory. Tyle, że to moje subiektywne wspominki. Dla innego wędrowca może to być całkiem fajna góra.

 

Czupel – to Beskid Mały. Jego szczyt znajduje się na wysokości 934 m. n. p. m. i jest oczywiście zaliczany do Korony Gór Polski.

 

Czupel nie chciał nam dać się poznać. Wszystkie plany wzięły w łeb, kiedy to w wyliczony na zdobycie tej góry dzień, zastaliśmy już z samego rana deszcz i tylko deszcz. Deszcz na szybie, deszcz na balkonie, deszcz na ulicy. Padało do samego wieczora. Podało… ba, lało wręcz. Potoki wody poruszały się po jezdni. Przesunęliśmy więc termin jej zdobycia na dzień następny.

 

Plan był taki: wyruszymy z miejscowości Czernichów, wejdziemy na szczyt,  zajdziemy do schroniska Magurka i wrócimy tą samą drogą na parking. Nie chcieliśmy z Magurki zdobywać, bo to byłoby zbyt łatwe.  Jednak nasz plan zakładał (niestety) podwójne zdobycie szczytu: w drodze na szczyt i w drodze  ze szczytu. Zakręcone prawda? blog158.1

To jest właśnie Czupel, góra której logiki trochę zabrakło, ale… Albo wchodzi się dwa razy na szczyt, albo idzie się pół godziny od schroniska po najniższej linii oporu. Wersję każdy wybiera sam podług sił, czasu i ambicji.

 

Osobiście w tej górze najbardziej mnie umęczyła jej podwójność. Raz, to, że przez szczyt przechodzi się dwa razy, dwa: są dwa Czuple i trzeba dobrze wybierać, dwa są też Rogacze i dwie przełęcze a co najgorsze są dwie miejscowości Czernichów.

 

Ha, tak właśnie, nabrałam się na ten drugi Czernichów. Wpisałam w mapach google Czernichów i jak blondynka, nie sprawdziłam, przez co zajechałam pod Kraków prawie i niestety musiałam wrócić i pojechać w drugą stronę. Nie żebym coś miała do blondynek. Blondynka to przecież stan umysłu. Moje bląd zamroczenie sprawiło, że zamiast godziny jazdy samochodem z miejscowości w której wypoczywaliśmy, wyszło ich trzy. Godzina pod Kraków, godzina powrót i godzina do Czernichowa właściwego. Nie dosyć, że mieliśmy dzień poślizgu, to jeszcze trzy godziny w plecy. Bardzo musieliśmy się upierać, żeby nie zrezygnować. Już nadzieja na wykonanie założonego planu zaczęła mnie opuszczać. Nie zjedliśmy obiadu, pobłądziliśmy i dopadało nas zmęczenie połączone trochę z niechęcią. Pochmurzone niebo, do tego ta droga ale… jakiś cud się zdarzył, bo dojechaliśmy do Czernichowa. Nie padało i… jeszcze było jasno. Nareszcie odsłonił się przed nami pan, no chyba pan Czupel. Przynajmniej dlatego, że imię jego bardziej jest męskie niż damskie. Pan góra zezwolił nam na odwiedziny.

 

Mówiąc szczerze Czernichów to jest piękna miejscowość. Bajka. Rzeka Soła rozjaśniła moje oblicze i wlała we mnie nową energię.  Co do podwójności, tu kolejna, Czernichów położony jest po obu stronach Soły. Ona jakby go dzieli. Same dwójki z tego Czupla. blog158.2

O 16.30 wyruszyliśmy na szlak. Szlak chwilami mokry, chwilami suchy, zadrzewiony, ale i widokowy. Czyli nic się nie zmieniało w kwestii podwójności. blog158.3

blog158.4O 18. 15 postawiliśmy stopy na szczycie.

blog158.5Przez całą prawie drogę wędrowaliśmy sami, tylko na początku spotkaliśmy kilka młodych kobiet. A jak tylko dotarliśmy do miejsca przez nas pożądanego, znikąd wyłonił się jakiś człowiek. Tak, przyszedł w samą porę. Zrobił nam zdjęcie o jakie poprosiłam.

Fotki, postój i droga od szczytu do schroniska Magurka…

blog158.6…zajęły nam jakieś czterdzieści minut.

 blog158.7

Tam nareszcie zjedliśmy obiad, albo raczej obiado-kolację. Przybiliśmy pieczątki i odpoczęliśmy przed drogą powrotną

 

Na parkingu, znajdującym się tuż przy wejściu na niebieski szlak, byliśmy o dwudziestej pierwszej. Mimo, że to był sierpień, było już ciemno i chłodno. Nadal jednak urzekała rzeka. Jakkolwiek to nie zabrzmiało.

 

Nic to – pomyślałam – sprawdzian z Czupla mamy zdany na jakąś czwórkę. Następnym razem lepiej sprawdzę tego googla zanim mu zaufam.    

PSSSTRYK

Zdjęcia, zdjęcia i jeszcze raz zdjęcia. Trochę się ostatnio zakręciłam w świecie fotografii. Poszłam tam, gdzie iść musiałam. Dopadła mnie niespełniona „miłość” z dzieciństwa. Wołała przez całe te lata i chwilami jakby mnie miała. Już, już zagarniała mnie dla siebie, ale sprytnie się jej wymykałam. Miłość to z czasów, kiedy często obracałam w ręku „smienę”, jedyną pamiątkę, jaką odziedziczyłam po tacie. Nikt oprócz mnie nie wiedział jak bardzo marzyłam, żeby zadziałała. Jednak zupełnie nie miałam pojęcia, jak się do tego zabrać, więc tylko patrzałam na ten aparat i patrzałam, aż pewnego dnia, kiedy urosłam udałam się do fotografa, który mi wytłumaczył: gdzie, co włożyć i jak obsługiwać to urządzenie. Nawet zrobiłam tą „smieną” kilka zdjęć w czarno-białej tonacji. Jak dziś pamiętam – to był Karpacz i wycieczka szkolna. Nie byłam jednak zachwycona efektem swojej pracy. Tu coś ucięło, tam się ktoś ruszył. W końcu zostawiłam temat. Zajęłam się dojrzewaniem.

Dziś budzę się i odkrywam, że tak niewiele zostało z fotografii. Fotografowie poprawiają kolory na zdjęciach, tu podkręcą zielony, tam jakiś inny, wyretuszują niedoskonałości. Dołożą obiekt z innego zdjęcia. Ponakładają warstwy, dodadzą efekt i… gotowe. Tylko, ile w takim zdjęciu pozostaje ze zdjęcia? Ile na takim zdjęciu jest oszukaństwa.
Zdjęcia, szczególnie te wiosenne i zimowe wychodzą szare. W tych porach roku niebo zwykle się chmurzy, drzewa nagie jak je matka natura rozebrała też nie wyglądają najatrakcyjniej takie odarte z zieleni. Wtedy kusi licho, żeby zastosować jakieś filtry, bo ludziom się takie poprawione fotki podobają. No i tu doszłam do pewnego miejsca, w którym musiałam zadać sobie pytanie: czy tego właśnie chcę? Po kilku próbach poprawienia swoich zdjęć podjęłam decyzję, że nie. Moje zdjęcia nie będą takie.

Lubię robić zdjęcia, każde wychodzi w jednym, ekskluzywnym egzemplarzu, ponieważ już nigdy nie powtórzą się takie same warunki. Ktoś, drugi raz tak samo nie spojrzy, wiatr nie zawieje kiedyś tak samo i ja nie będę drugi raz w tym samym miejscu stała żeby w odpowiednim momencie pstryknąć. To jest magia chwili.
Tyle, że nie czuję, żeby była w stanie mnie pochłonąć całkowicie. Za mocno ma się związane ręce.

-Dlaczego robi nam pani zdjęcia?- zagadała mnie pewna kobieta, wychodząc z budynku, który właśnie minęłam.
Spojrzałam na nią. Na twarzy miała irytację. Wyglądała na zdenerwowaną i gotową do jakiejś „walki”. Jednak była sama, a mówiła w liczbie mnogiej. Pomyślałam, że różnie bywa może jest w ciąży, a może mówi mi coś czego nie rozumiem. Postanowiłam ją równie nieudolnie potraktować.
-Że niby ja panią fotografuję? – zapytałam.
W tym miejscu, to się już w ogóle zdenerwowała, co widać było po jej wykrzywionej grymasem twarzy. Jakby nie mogła pojąć, dlaczego ja jej pytania nie zrozumiałam.
-Tak, dlaczego robi pani zdjęcia salonowi? – ciągła rozmowę.
Ach salonowi – pomyślałam – to tu cię coś gryzie. Fakt jakiś tam obiekt upiększający znajduje się w miejscu, w którym ona stoi. Tylko po co miałabym robić zdjęcia temu przybytkowi. Jest tyle ciekawszych rzeczy w pobliżu, że jej salon przy nich szarzeje jak stara firanka po babci.
-Ja robię zdjęcia ptakom – odpowiedziałam jej zgodnie z prawdą, bo już mi się nie chciało z taką kulką nerwów dyskutować.
-To ptakom pani robi zdjęcia – powtórzyła po mnie – po czym odwróciła się na pięcie i wróciła do swojego salonu.
Ani be, ani me, ani kukuryku. Tyle. Można było chociaż przepraszam powiedzieć, a nie oskarżać kogoś o coś czego nie robi. Tego jednak nie można wymagać od kogoś tak przewrażliwionego i nieomylnego. Jej salon…

No i co zostanie potomnym ze współczesnej fotografii? Pozowane sesje zdjęciowe, zdjęcia z manifestacji, wystaw, biegów i innych imprez masowych, mniej lub często bardziej ustawionych. Szara rzeczywistość, jeśli zdarzą się osoby skłonne do ryzyka jakim jest uwiecznienie jej, nie wypłynie na światło dzienne. Zostanie gdzieś na twardych dyskach albo w albumach. Tak bardzo człowiek chce chronić swój wizerunek, że do fotografowania pozostają ptaszki i kwiatki, które zawsze są naturalne i gotowe, a do tego piękne.

A ludzie? Ludzie jacy są? Pewnie to będzie można zobaczyć dopiero, kiedy umrą. W dziale „stare fotografie cudem odnalezione”, bo teraz autorzy pokażą tylko te fotki, na których człowiek jest widoczny od tyłu, albo za mgłą.

ZA DNIEM ZA NOCĄ

dziwnie mi jest mieścić się
w czterech ścianach dnia
od ósmej do szesnastej
z tym swoim słońcem
z tym uśmiechem co z twarzy
zejść nijak nie schodzi
z tym refrenem i zwrotką
której nie sposób przestać nucić
pod nosem pod osłoną
krzykliwych maszyn
z tą trochę z lamusa radością
 
kiedy ten się chmurzy
chce zimnem częstować
wichry tworzy podkręcone
a tamten wciąż gada
o potęgach pieniądza
butach w miętowym kolorze
limitowanych kolekcjach
i niesprawiedliwości co go
z każdego kąta nachodzi
 
dziwnie mi w tym wszystkim
budzić się co rano co dzień
albo wieczorem się kłaść
po środku nocy nad ranem
szczęśliwszą piękniejszą
i przekraczać granice
których kiedyś nawet
dojrzeć nie potrafiłabym
zanim nie przyszło nowe
szerokie całkiem fajne
przyszło i zostało  
 
jutro

ZAWSZE MOŻE BYĆ…

Bum!!!

Gdzieś z tyłu, ktoś w coś mocno uderzył samochodem, pomyślałam szybko w temacie owego bum. Nie zdążyłam dokończyć myśli, a usłyszałam drugie bum, a właściwie to poczułam na własnej osobie. Przez ten moment, przeleciało przez moją głowę całe stado myśli. Złapałam jedną z nich, która kazała mi sprawdzić, co się wydarzyło. Wysiadłam pospiesznie z samochodu i ruszyłam w kierunku pojazdu stojącego za mną.

- Co wy ludzie wyrabiacie!? Ja się spieszę do pracy – wyszło ze mnie słów kilka na powitanie nowej sytuacji, bo już mi się w głowie osadziły te dwie godziny poświęcone na sprawy papierkowe, związane z wymianą informacji między kierującymi, tudzież policją.

- To on w nas uderzył – odpowiedział kierowca stojący za mną i wskazał ręką na pojazd stojący za nim.

Wtedy dopiero spojrzałam na moją „ślicznotkę”. Od grudnia nie mogę się nią nacieszyć. I to całe bum wywołało we mnie falę, krótkotrwałą ale jednak, falę emocji negatywnych.  Okazało się, że nie jest żle, na zderzaku odbił się ślad po tablicy rejestracyjnej jadącej za mną skody, do tego powstało na nim zarysowanie i ubytki w lakierze. Nawet przez chwilę chciałam opuścić miejsce zdarzenia, bo właściwie z tym można jeździć, ale szybko się wkręciłam w wydarzenie  i… zostałam.

Z trzeciego samochodu, Dacii Duster wyszedł kierowca. Uśmiech miał jakiś duży i trzymał się za kolana.

-Coś pana boli? – zapytałam na dzień dobry.

Tak się przyjęło, że w sytuacjach drogowych nikt nikomu nie przedstawia się, nawet z imienia, nikt nie podaje ręki drugiemu, ani nie zachwala pięknej pogody.

-Trochę mnie kolana bolą, ale to moja wina, bo jeżdżę jak taki przykurcz- tu zademonstrował pozycję lekko zgarbioną, z pochyloną w stronę szyby głową i zbyt mocno zgiętymi kolanami.

Kiedy sprawca prostował nogi, chodząc wokół swojego pojazdu my, poszkodowani postanowiliśmy o zdarzeniu powiadomić policję.

-Jaki to był numer na policję? – nie mógł sobie przypomnieć pan od Octavii.

-997 – podpowiadałam.

W szoku nie potrafił skojarzyć najprostszych cyfr. Wtedy już wiedziałam, że nie powinnam tak szybko odjeżdżać.

-…zderzyły się trzy pojazdy, numery rejestracyjne?… na ulicy opolskiej – ciągnął rozmowę kierowca od Octavii

-Nie, nie opolska, o tu jest adres i wskazałam na budynek obok nas, na którym była oznaczona wielkimi literami ulica naszego przymusowego postoju.

 

Zgłoszenie przyjęto. Mogłam w końcu obejrzeć szkody na pozostałych pojazdach. Środkowy, czyli nieszczęsna Skoda Octavia, miał najbardziej widoczne obrażenia. Nie dość, że trochę go z przodu porysował mój zderzak, to oberwał jeszcze z tyłu. Światła potrzaskane, bagażnik wgnieciony, zderzak też i tablica rejestracyjna sprawcy wbita w cały ten bigos na tyłach pojazdu. Sprawca rozwalił przód swojego samochodu. Pogniotła mu się maska, potrzaskał zderzak i światła.

blog155No, więc utknęliśmy. W godzinach rannych, słonecznych, przy ulicy niezwykle uczęszczanej. Troje obcych ludzi, którzy nie spotkaliby się zapewne i nie zamieniliby ze sobą słowa, gdyby nie chwila nieuwagi jednego z nich. Każdy z nas, pochodzący z zupełnie innego świata, został na moment przytrzymany, o, tu właśnie.

-Zamyśliłem się, przypomniały mi się rybki, setki martwych rybek – tłumaczył się sprawca – w samochodzie mam wędki, mogę pani pokazać.

Zupełnie mnie wtedy nie interesował temat rybek, ale skoro już został ruszony, to w sumie czemu go nie kontynuować. Co mam ciekawszego do roboty?

-A co się stało z tymi rybami? – zapytałam.

-Przyducha, miały za mało tlenu i się wszystkie podusiły. Leżały tak… straszny widok – żalił się.

Padła oczywiście nazwa jakiejś miejscowości, bliżej mi nie znanej, a potem nastąpiła kontynuacja opowieści.

-Widziałem, że stoją, ale jeden z przodu zaczynał ruszać, myślałem, że inne też ruszą, spojrzałem na bok, no i uderzyłem. A codziennie tędy jeżdżę.

Tak, to bardzo postojowe miejsce. Kawałek dalej jest przejazd kolejowy, więc lubi się tu tworzyć  ogonek pojazdów. Rankiem, w południe i wieczorem.

 

Tymczasem zaczęli się zjawiać „łowcy okazji”. Pierwszy pojawił się pan, nie bardzo uparty.

-Ja nie potrzebuję lawety – powiedziałam.

-Ja mam AC – dodał sprawca.

-A ja mam samochód służbowy i załatwię to przez nich – trzeci uczestnik zdarzenia także nie wykazał zainteresowania usługami przewozowymi.

 

-Pewnie sobie poczekamy na policję – zwróciłam się do kierowcy skody.

-Jak nie ma ofiar, to oni się nie spieszą. No, a ja się spieszę, przyjechałem z Warszawy, o dziewiątej mam szkolenie.

Pan z Octavii: zadbany, cichy, ale i najmocniej z nas zdenerwowany, bo i najbardziej poszkodowany.

 

Nadjechała kolejna laweta, tym razem, z bardzo upartym i gadatliwym kierowcą.

-Panie, panu to na pewno zabiorą dowód rejestracyjny, światła są zbite, a tu są wystające elementy, niechby pan zahaczył rowerzystę to tragedia gotowa – próbował nakłonić do skorzystania z lawety warszawiaka – pierwszy patrol pana zatrzyma.

Po nieudanej próbie namowy poszkodowanego, na świadczone przez siebie usługi, zaczął opowiadać różne historie, bo jak to stwierdził ma czas.

-Ludzie różnie reagują na wypadki. Kiedyś wiozłem dwie dziewczyny, z tyłu był ich samochód, który prawie wcale nie ucierpiał. One magle zrobiły się blade. Ta jedna to nawet zaczęła wymiotować, ale to ze stresu, bo jej nic nie było.

 

No dobra, posłuchać zawsze można. Przynajmniej nie ma tej niezręcznej ciszy. A dyskutanci między sobą i tak co rusz się zmieniali. Każdy z każdym co jakiś czas się zwierali i prowadzili kawałek rozmowy, potem któryś odbierał telefon, albo rozmawiał z jakimś zjawiającym się bliższym, lub dalszym znajomym, który coś z samochodu zabierał do innego i gdzieś odwoził. Wypakowano między innymi wędki, jakieś wiadra, dokumenty i podobne manatki.

 

Wreszcie pojawili się panowie policjanci, którzy kazali nam okazać dokumenty i poczekać w samochodach, jakieś pół godzinki. Czekaliśmy przez chwilę i znów zbieraliśmy się na zewnątrz, jakby każde z nas nie mogło usiedzieć. Znów tworzyliśmy  kółeczka, małe i duże.

 

Kiedy akurat wszyscy staliśmy w kółeczku (czyli nasza trójka uczestników zdarzenia i laweciarz), ze znajdującego się nieopodal budynku z napisem „auto serwis” wyszli jacyś ludzie.

-Zenek! Cześć Zenek! Zobacz, rozwaliłem auto! – wydarł się sprawca do imć Zenka, stojącego po drugiej stronie ulicy.

Zenek tylko mu machnął ręką.

-Ja tam kiedyś pracowałem, znamy się – tłumaczył.

Spojrzeliśmy po sobie: ja, pan od Skody i pan od lawety, ale nikt nie skomentował dziwnego zachowania kierowcy Dacii. Rozmowa toczyła się torem zewnętrznym.

-Innym razem przyjechałem na miejsce w samą porę. Dobrze, że szybko. Poszkodowany był bardzo agresywny, chciał pobić sprawczynię. Z rękami na nią szedł. To złapałem dziada od tyłu, wsadziłem do samochodu i powiedziałem siedź tu i cicho. Na początku się burzył, a potem potulny był, jak go pytałem czy będzie spokojny to kiwał głową, że tak. Ludzie to różnie reagują na wypadki – pan od lawety poczęstował nas kolejną historią ze swojego życia – a państwo to widać, że kulturalni, uśmiechnięci, tylko brakuje kawy…

-I ciastek – dodałam.

-A, to dlatego ten wypadek – nagle sprawca olśniony i rozpromieniony wydał z siebie głos – bo jest  trzynasty, pechowy.

-Dzisiaj trzynasty? – ktoś spytał

-A rzeczywiście – ktoś drugi dodał.

-Co pan gada za głupoty? Dziś jest szczęśliwy dzień, bo trzynasty – jakoś z trudem przychodziło mi skreślenie dnia i wpisanie go na listę pechowych. Dzień jak dzień. Z taką różnicą, że spóźnię się do pracy, więc posiedzę w niej do wieczora.

 

W końcu policjanci pozwolili nam odjechać.

Na pożegnanie były przeprosiny i kajanie się sprawcy. Po czym każdy wrócił do swojego świata.

 

-Dobrze, że nikomu nic się nie stało. Ja tam mówię, że zawsze może być gorzej- pan od lawety znów zaczął opowiadać.

Nie wytrzymałam. Czy otoczyli mnie sami ciemnowidze? Jak nie „trzynasty” to „może być gorzej”.

-Zawsze może być lepiej – dopowiedziałam.

A pan z octavii, który nie mówił wiele, tym razem się odezwał na poparcie mnie. 

-Dokładnie.

 

Nawet, w nie idącej po naszej myśli sytuacji, można odszukać coś sprzyjającego. Ja na przykład cieszę się, że poznałam tych ludzi, ich sposób widzenia, ich zachowanie. W pracy na pewno byłoby mniej zaskakująco i ciemniej, bo tam wpada mało światła dziennego, króluje za to sztuczne oświetlenie. Zrozumiałam też, że dalej mi do pesymizmu, niż bliżej. I to jest ważne spostrzeżenie, to wręcz najważniejsze ze spostrzeżeń tamtego dnia.

SKRZYCZNE 10/28

Skrzyczne kiedyś nazywane było Skrzecznią. Owa Skrzecznia wywodziła się od skrzeczenia żab, jakich miał być ogrom w istniejącym niegdyś stawie, znajdującym się między Skrzycznem a Małym Skrzycznem.

Beskid Śląski szczyci się Skrzycznem, położonym 1257 m. n. p. m. Wysoko to czy nisko? No…  i to i to. W stosunku do Babiej Góry, zdobywanej dzień wcześniej, Skrzyczne jest o jakieś 500 metrów niższe, ale przewyższenie z obu wybranych przeze mnie miejsc wymarszu jest podobne i wynosi około 700 metrów. W każdym bądź razie ja bym Skrzycznego nie lekceważyła, bo potrafi wycisnąć z człowieka wiele potu.

Skrzyczne to jedna z tych gór, na które można wjechać wyciągiem, praktycznie na sam szczyt. Tylko co to za frajda dla zdobywcy? Wjechać to mogą osoby starsze, chore albo ci, którzy jedzą tylko wisienkę z tortu, przegapiając i ciasto i krem i dobre towarzystwo. Najwięcej dzieje się na szlaku. Tam, gdzie są ludzie, las, kamienie, pot, rowerzyści, zbieracze jagód i wiele, wiele innych atrakcji.

 

Mimo szczerych chęci nie mogłam zdobyć mapy. Z internetu wyczytałam, że można wejść na Skrzyczne ze Szczyrku.  Toteż w ciemno pojechaliśmy do Szczyrku. Przejechaliśmy dużą część miejscowości w poszukiwaniu miejsca parkingowego. W tak piękny, sierpniowy dzień było sporo turystów, a wielu z nich przyjechało samochodem, no i wiadomo – samochód trzeba gdzieś zaparkować. W końcu i my odnaleźliśmy pisane nam miejsce postojowe. Tuż obok jakiejś wypożyczalni nart.

Zagadałam pracownika o tę nieszczęsną mapę

- A po co pani mapa? – wyraził swoje niezrozumienie starszy pan.

- Po to, żebym wiedziała jak dostać się na szlak.

- A jakiego pani szuka szlaku?

- Niebieskiego, takiego z najlepszymi widokami – odpowiedziałam nauczona Babią Górą i jej monotonnym, powrotnym szlakiem przez las.

- Pani, ja tu mieszkam od urodzenia, ja pani powiem jak wejść na górę, bez żadnej mapy – ciągnął. O, tu jest wyciąg- wskazał palcem na wprost – trzeba iść cały czas pod wyciągiem, a potem będzie niebieski szlak.

- A będą widoki? – uparcie drążyłam temat

- Będą widoki.

Aby zacząć wędrówkę wspomnianą trasą, wystarczyło nam tylko przejść na drugą stronę ulicy.

Słoneczko grzało bardzo mocno, a miejsc ocienionych pod wyciągiem, niestety nie było wiele, więc jak tylko można było, to chowaliśmy się w łaskawych ramionach przydróżkowych drzew i zarośli. Górka była stroma, nie poruszaliśmy się po niej zbyt szybko. Ponad nami co chwila przesuwały się krzesełka z tymi, którzy nie mieli ochoty albo czegoś innego, na wysiłek.blog154.1

- Ciężko? Dacie radę!- krzyczeli.

- Poczekamy na was na górze- dodawali inni.

Takie i podobne słowa, szeroko rozumianej „otuchy”,  płynęły od „krzesełkowiczów” nie tylko do nas, ale i do podchodzących  na równi z nami, innych współtowarzyszy-zdobywców.blog154.2

Po półtorej godziny wspinania się dotarliśmy wreszcie do niebieskiego szlaku. A po kolejnych dziesięciu minutach do Hali Jaworzyna pod Skrzycznem. Tu się rozstaliśmy z „krzesełkowiczami”. Od tego bowiem miejsca oni jechali dalej drugim wyciągiem prawą stroną, a my szliśmy dalej lewą stroną.blog154.3

Bardzo ładny jest niebieski szlak.blog154.4blog154.5

Wędrując po górach, czasami można odnieść wrażenie, że  jest się w innym, jakimś zaginionym świecie, gdzie to, co w zwykłych warunkach uchodzi za dziwactwo, tam jest całkiem naturalnym zachowaniem. Starsza kobieta w samej tylko bieliźnie, takiej zwykłej,  straganowej, zbierająca przy ścieżce jagody, nikogo nie dziwi. Rozśpiewany chór młodych wędrowców, na dwa głosy pięknie rozpraszający ciszę też nie stanowi tam problemu. Ba, nawet nikt nie wyzywa od wariatów rowerzystów, którzy postanowili zjechać ze szczytu po iście nieprzyjaznej drodze powolnego i raczej ostrożnego ruchu.blog154.6

Wracając jednak do nas… powolutku wspinaliśmy się w kierunku szczytu. Szło nam to bardzo mozolnie, ale wszystko przez jagodziny. Istne zatrzęsienie jagód. Nie sposób było przejść obok nich i nie skubnąć. Wszystkie fioletowo-czarne kuleczki kusiły. Były takie dorodne i słodkie. Najedliśmy się ich za wszystkie czasy. A wystarczało tylko się schylić, wyciągnąć w ich kierunku dłoń.blog154.7

Po trzech godzinach wędrowania ze Szczyrku dotarliśmy najpierw do miejsca widokowegoblog154.8

potem na sam szczyt.blog154.9

Kiedy tylko stanęliśmy pod oznaczeniem szczytowym, zaczął kropić deszcz. Na szczęście jeden, bardzo…” miły” pan w tym samym czasie dotarł na szczyt i nie bał się deszczu, tym sposobem mamy piękną fotkę. Tak, to ja i moja gromadka. Moi towarzysze do wypraw w znane i nie znane, ale bardziej w nie znane.

A cóż było robić z tym deszczem? Nic, tylko przeczekać w pobliskim schronisku. Tylko ile tu czekać? Pieczątki wbite, obiad zjedzony. A tu jak kropiło, tak kropi. Do tego zaczęło grzmieć, a chmury pociemniały znacznie.blog154.10

Podjęłam męską decyzję, że idziemy, bo chyba nie polepszy się pogoda. I to była dobra decyzja. Z minuty na minutę padało mocniej. Do wyciągu szliśmy krok w krok ze starym góralem akurat zmierzającym do Szczyrku, który powtarzał nam, że chyba nie zdążymy zejść na dół. Uśmiechałam się tylko do jego słów. Dlaczego miałabym mu wierzyć? Skoro on idzie, to i my damy radę. Tam gdzie jest teren nie znany, obserwuje się jego mieszkańców. On idzie to i my idziemy. Ale ten cwaniak, doszedł tylko do końca jednego wyciągu, z Hali Jaworzyna zjechał sobie tym drugim wyciągiem. Dalej szliśmy więc już sami.

To było chyba nasze najszybsze zejście. W godzinkę od szczytu, byliśmy na dole. To był też nasz pierwszy raz w górach, kiedy pioruny gdzieś z oddali się zbliżają i pogoda zmienia się bardzo szybko.

W Szczyrku w totalnej ulewie usiedliśmy na spokojnie w samochodzie i zjedliśmy lody ( taki nasz kaprys). Ciesząc się jednocześnie, że zdążyliśmy przed wielkim deszczem.

 

Skrzyczne to piękna góra. Dała nam cenne doświadczenie i pewną lekcję. Dzięki niej poznaliśmy zarys kultury miejscowych, którzy znają góry bardziej niż my, przyjezdni. Oni są niezwykle pomocni, ale i ostrożniejsi w mierzeniu się z matką naturą.

DZIKUSKOWY BRZUSZEK

Z nim można zrobić wszystko, położyć mu łapy tak, jak tylko wyobraźnia podpowiada, głaskać „z włosem” lub „pod włos”, obejrzeć pazurki, podstawowe i te boczne.

Jest niesamowity, nigdy nikogo z domowników nie drapnął, nie wydał okrzyku dzikiego serca z samego środka puszczy na podkreślenie jakiegoś niezadowolenia. To udomowiony zwierzak, który dużo czasu spędza w terenie. I kiedy zjawia się w domu, to wszyscy się cieszą.

-Dzikusek, dzikusek… nasz dzikusek.

-Dzikunio, ty to jesteś dobry kot .

-Nasz kotek.

-Nasz niedźwiedź.

Same zachwyty otaczają „dzikusa”. Szczególnie teraz w okresie zimowym, kiedy od matki natury dostał futro w wersji XXL. Gładkie, gęste i błyszczące jak śnieg na który pada promień ostrego słońca. Nawet pies zaprzyjaźnił się z dzikusem. Bywa, że razem się bawią, albo śpią. No nie… jeść nie chcą razem.

 

-A zobaczymy, czy da się uczesać- jeden z synów postanowił przeprowadzić eksperyment.

I wziął w dłonie szczotkę dla psa. Czesał dzikusa po jego prawej stronie, po lewej stronie, po grzbiecie i po ogonie.

-A po brzuszku?

Po brzuszku to kot nie za bardzo chciał być czesany. Stwierdził zapewne, że to mu nie odpowiada i zaczął się wyrywać, więc syn zaprzestał czesania. Pozostało mu zastanawianie się – dlaczego? Co takiego trzeba zrobić, żeby i po brzuszku dał się poczesać? Ni z tego, ni z owego zrobił się temat do zabawy.

-Wiem, trzeba go pociągnąć za sznurek – powiedział najstarszy z synów.

I wykonał ruchem dłoni gest taki, jakby ciągnął za jakiś niewidzialny sznureczek, po czym go puścił i czekał na zamierzony efekt, ale nie wprawił kota w stan, jakiego pozornie oczekiwał.

-Nie? To może dzikusek jest nakręcany? – ciągnął wywód.

Tym razem kręcił palcami dłoni na wysokości grzbietu kota, w prawą stronę, jak się kręci, aby przekręcić kluczyk. Kręcił i kręcił, nagle puścił i ponownie czekał, choć wiedział, że nie doczeka.

Całe towarzystwo już nieźle się śmiało, bo komicznie cała sytuacja wyglądała. Ruch na nieistniejącym przedmiocie mistrzowsko wykonany, okraszony odpowiednimi minami jedynego wykonawcy, potrafią rozbawić do łez.

-No to ja już wiem, on jest na baterię – jeszcze raz próbował.

Obrócił dzikuska na grzbiet i udał, że na wysokości brzucha odkręca śrubkę, potem otwiera klapkę i wymienia baterię.

Kot ani nie drgnął. W całym tym przedstawieniu, jako aktor na którego skierowane były cztery pary oczu, czuł się dobrze, wręcz znakomicie. Obracano go na wszystkie strony, a jemu było wszystko jedno. Nawet chwilami mrużył swoje zielone oczy trochę, potem do połowy, potem całkiem zamykał je. Być może nawet przysnął. To jest bardzo prawdopodobne, że spał.

-Ja wiem – wyrwał się najmniejszy – on jest na monetę.

Zaczęli znów okręcać kota w poszukiwaniu otworu na monety. Kot jednak się ocknął i wziął sobie poszedł. Zajął ulubione miejsce na pudle z klockami lego. Jedną łapę zwiesił w dół, resztę ciała rozpłaszczył na powierzchni pudła i zasnął nie zważając na nic.

-Pewnie był na prąd – skwitowałam.

Towarzystwo nieźle się rozbawiło z takim dzikuskiem. Jego delikatny brzuszek nie został uczesany, ale nikomu to nie przeszkadzało.

 

 

Zastanawia mnie tylko skąd takie skojarzenia, że musi być jakiś sposób? Czasami nie ma żadnego sposobu, po prostu coś jest niemożliwe. Nie pomoże żaden sznurek, pokrętło, bateria czy moneta, bo najzwyklej w świecie nie ma takiej energii, która mogłaby poruszyć daną istotę żywą, do tego, aby się na coś zgodziła. A siłą można spowodować tylko straty, nieodwracalne i nie dające satysfakcji nikomu straty.

Czasami w życiu trzeba sobie odpuścić jakąś decyzję na osobie drugiej, bo być może ma się do czynienia z takim kocim brzuszkiem, który nie chce być poraniony dla czyjegoś widzimisię.

Jak ktoś kogoś kocha,  to nie powinien go ranić.

BABIA GÓRA 9/28

Babia Góra mówią na nią, mówią też, że to królowa Beskidów, a  poza tym, że niezła z niej kapryśnica, po prostu matka niepogód. Na wysokości 1725 m. n. p. m. czeka na śmiałków, bo ona to jest najwyższa, po niej w Polsce wyższe są już tylko Tatry. Z „Diablakiem” na piersi góruje nad okolicą. No i jak miałam przejść obok niej obojętnie?

 

Pogubić się można? To może od początku. Babia Góra to masyw górski w paśmie Babiogórskim Beskidu Żywieckiego. Najwyższym szczytem jest Diablak . Diablaka nazywają Babią Górą od nazwy tegoż masywu. Rezygnując z fachowej terminologii –  to jest tak jakby jedna wielka góra (Babia Góra), która, kiedy się człowiek po niej wspina, co kawałek ma jakiś szczyt, a najwyższy z tych szczytów, ostatni, na samym czubku to właśnie Diablak. Tak więc stosuje się obie nazwy: Babia Góra i Diablak.

 

W sierpniu 2016 roku w ramach zdobywania Korony Gór Polski wybrałam się z dziećmi na audiencję u królowej Beskidów. Do samego końca pewności na zdobycie szczytu nie miałam. W przypadku tego szczytu wiele bowiem zależy od pogody. Obserwowałam więc prognozy. Najpierw zapowiadano, że będzie ciepło, potem zapowiadali zimno i deszcz. Ostatecznie okazało się, że przyjechaliśmy w najlepszym z możliwych momencie. Na drugi dzień od przyjazdu miało być upalnie.

 

 

Wyruszyliśmy z Przełęczy Krowiarki. Nazwa ta jest pozostałością po polanie, na której dawniej wypasano krowy. Pozostawiliśmy samochód na płatnym parkingu tuż przy wejściu na czerwony szlak. Jest to szlak niezwykle widokowy. Idzie się nim po kamienistej ścieżce na sam szczyt.

blog152.1

Trasa z początku wiedzie przez las, ale tuż przed Sokolicą po prawej stronie dróżki możemy już podziwiać przepiękne widoki.

blog152.2Po godzinie i piętnastu minutach marszu, kiedy nareszcie stajemy na wysokości 1367 m. n. p. m. czyli na szczycie Sokolicy, właśnie mija południe. Trochę inaczej miało być. Zakładałam sobie zdobycie Diablaka w samo południe. No ale, tak to jest z dziećmi, że ciągle coś nie idzie zgodnie z zamierzeniami, bo ten musi jeszcze zrobić to, a tamten czegoś zapomniał z samochodu…Niemniej jednak chociaż z poślizgiem, ale do Sokolicy dotarliśmy. Od tego  szczytu już do samego Diablaka poruszaliśmy się po grzbiecie masywu. Żadnego lasu, tylko kosodrzewina i te okrutne owady, które cięły niemiłosiernie, gdy choć na chwilę ustawaliśmy w drodze . A i jeszcze moje ustawiczne kichanie. Być może tę kosodrzewinę ktoś spryskał preparatem owadobójczym, który był mi trudny do tolerowania, a może było to coś jeszcze innego, czego dziś nie jestem w stanie się dowiedzieć.

blog152.3Szlak biegł raz w dół, raz w górę. Jakby nas przeprowadzał po pagórkach. Dawał nadzieję na szczyt i odbierał ją po chwili pokazując kolejny, podobnie wyrysowany przez matkę naturę odcinek szlaku. Obok ludzie, zmęczeni wędrówką i upałem narzekali, że „ta góra jest oszukana, bo ciągle oszukuje, że to szczyt, a to ciągle nie to…”

Po kolejnych czterdziestu minutach marszu dotarliśmy do Kępy

blog152.5Tu czekała na nas niespodzianka. blog152.4Z widokiem na Tatry szło się od tej pory o wiele raźniej. Trafiliśmy na przepiękną pogodę. A urlop planowałam długo wcześniej i to z uwzględnieniem całej wycieczki górskiej, miejsc noclegowych, przejazdów. Z tą pogodą to była loteria. Bardzo ostrożnie podchodziłam do pomysłu zdobywania Babiej Góry. W przypadku niesprzyjających warunków miałam zamiar odpuścić sobie ją, tym bardziej, że czytałam o tym jak szybko potrafi się tu zmienić pogoda, wszak to kapryśnica, której piętnaście minut wystarczy na zmianę oblicza.

Kolejne czterdzieści minut zajęło nam wejście na Gówniak inaczej zwany Wołowe Skałki.

blog152.6To wysokość 1617 m n. p. m. i szczątkowe ilości kosodrzewiny. Z roślinności pozostały kwiatki rosnące pomiędzy kamieniami. Z zauważonych przeze mnie: rdest wężownik, dzwonek drobny i ta ze zdjęcia poniżej, prześliczna sierpniowa sasanka alpejska.

blog152.7Reszta podłoża to spalona słońcem trawa i kamienie. Trudny klimat, gdzie nie uświadczy się wody, ani schronienia przed deszczem, słońcem, albo czymkolwiek nieprzewidzianym. I pomyśleć, że podobno tu właśnie dawniej wypasano woły, a nazwa gówniak pochodzi od odpadów jakie owe zwierzęta pozostawiały po sobie.    

Dziesięć minut przed czternastą ujrzałam na horyzoncie kolejną obietnicę szczytu.

blog152.8Tym razem to właśnie kopułę szczytową Diablaka mieliśmy w zasięgu oczu.

Jest takla legenda, która mówi, że wracający z Orawy zbójnik miał na szczycie Babiej Góry odpoczywać, kiedy zjawił się diabeł, głodny jego duszy. Zbój za podpisanie cyrografu, który miał mu zapewnić wieczny dostatek,  zażądał od diabła zamku na szczycie Babiej Góry. Zamek miał stanąć przed świtem. Diabeł przez całą noc starał się, nosił potężne kamienie, a zbój ciągle wymyślał, że tego brak, albo tamtego brak w jego wyśnionym w zamku. Tak im zeszło do rana. Kogut zapiał, a zbój nadal nie był zadowolony z budowli. Diabeł z wściekłości rozwalił zamek, który przygniótł zbója. Stąd nazwa Diablak.

blog152.9O czternastej stałam na szczycie owego Diablaka, szczęśliwa, choć pokąsana przez nieznanego mi latającego wroga. Mojego, dzieci i reszty turystów prześladowcę od Sokolicy.

Stojąc na szczycie, szczególnie przy tak pięknej pogodzie, nie sposób przegapić Jeziora Orawskiego, sztucznego zbiornika wodnego Słowacji. Żeby go stworzyć Słowacy zatopili kilka wiosek. Dziś pełni on funkcję przeciwpowodziową, retencyjną, ale i  sportowo – rekreacyjną. A na torfowiskach Orawskich występuje wiele rzadkich okazów roślin i zwierząt  Widząc ten zbiornik w oddali, człowiek może się zacząć zastanawiać, po kiego grzyba ten zbójnik z legendy, tak się namęczył, przebył taki długi odcinek drogi? Tylko po to, żeby odpocząć? Ale, to przecież legenda…

Powrót do Krowiarek zaplanowaliśmy przez przełęcz Brona, czerwonym szlakiem.

blog152.10Najpierw jednak trzeba było pokonać górę kamieni leżących w drodze ze szczytu, często ruchomych kamieni, zmieniających kąt leżenia pod ciężarem naciskającego na niego ciała, w tym przypadku nogi. Czyżby to części zamku z legendy?:)

blog152.11blog152.12Czerwony szlak jest naprawdę urokliwy

blog152.13Ale na niektórych jego fragmentach nie chciałabym się znaleźć przy załamaniu pogody.  Jak choćby to miejsce przy przełęczy Brona, godzinę od szczytu Diablaka.

W około półtora godziny dochodzimy do Schroniska Markowe Szczawiny. Po stempelek i zasłużony posiłek. W taki upał umysł potrafi człowiekowi różne dziwne potrawy sugerować. Wzięło mnie na ziemniaki ze zsiadłym mlekiem. I były boskie. A dzieciaki to standard zupa pomidorowa, frytki i takie tam pierogi.

Ze schroniska pozostało nam tylko udać się w dalszą drogę niebieskim szlakiem. I przyznam, że to był bardzo monotonny szlak, choć las piękny.  

blog152.14Jedyną jego atrakcją okazał się być „Mokry Stawek”.

blog152.15Przy jego brzegu trzeba było chodzić ostrożnie, żaby dosłownie uciekały przed nogami. A w wodzie było mnóstwo ich niedojrzałych postaci w różnych fazach rozwojowych.

 

Cóż mogę powiedzieć o Babiej Górze? Ma swój urok. Jest piękna, ale trochę za duży na niej tłok. Nie sposób było na chwilę przystanąć na ścieżce. Od razu trzeba było zejść na bok, bo tarasowało się drogę następnym turystom spragnionym audiencji.

Dla naszej czwórki Babia Góra była bardzo łaskawa, gorąca i do samego szczytu bezchmurna. Pokazała nam chyba najpogodniejsze oblicze. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś na nią powrócę.

„PRZEZ ŚWITY” NO BO JAK TO?

Warszawska Firma Wydawnicza – myślałam, że wszystko sobie ustaliliśmy, ja robię to, oni robią tamto. Każdy miał być zadowolony z roli jaką odegrał dla strony drugiej. Wiążąca umowa jasno określa prawa i obowiązki. O co tu się spierać?

                 

Kiedyś wydałam książkę, taki tam zbiór poezji. Do dziś, a zapewne i do końca moich dni, nie uda mi się z tego tytułu zachorować na jakąś formę narcyzmu, albo chociaż wiary w swój talent. Nie, nie ma to nic wspólnego z „szumnie” nazywanym wydawnictwem, ani poklaskiem z jakiejkolwiek strony. Po prostu zamysł wydania był od początku do końca inny.

Długo się zastanawiałam, czy powinnam to zrobić? Czy to komukolwiek posłuży? Nie poszłam na żywioł. Dałam do przeczytania osobie, której opinia wiele dla mnie znaczy, ona powiedziała „tak”. Byłam w Związku Literatów. Tam też powiedzieli, że „tak”. Nawet jedna z pań obiecała mi napisać przedmowę, która dziś widnieje w mojej publikacji.

Postanowiłam zawalczyć o jej wydanie. Prawdę mówiąc byłam tylko w jednym miejscu, tam powiedzieli, że nie są zainteresowani. Nie namyślając się zbyt długo napisałam do pierwszej lepszej firmy pomagającej takim debiutantom jak ja wyjść ze swojej szuflady. Padło na WFW. Czy za wcześnie do nich trafiłam? Nie wiem. Być może mogłam jeszcze gdzie indziej się udać, ale ostatecznie taką podjęłam decyzję.

Mój główny cel został osiągnięty. Książka wyszła przepiękna. Z projektu okładki jaki im dostarczyłam, autorstwa pewnej znajomej mi osoby, zrobili dzieło jakie w pełni odpowiadało mojemu zapotrzebowaniu, a nawet je przerosło. Grafik dobrze dopracował tył okładki, tak, że z przodem skomponowała się na jedną nutę. Dodatkowo wykonanie introligatorskie: foliowana okładka, dobrze dogrzana, wnętrze i ta ich dziwna czcionka z przecinkiem. Tak, tego potrzebowałam.

Kręciło się to jakoś przez trzy lata, a właściwie prawie cztery. Książka była dostępna w internecie, a ja sobie o niej praktycznie zapomniałam. Sprzedaje się czy nie? Tego nigdy się nie dowiem, bo nikomu na ręce nie patrzę. Jako autor jestem bezbronna w kwestii zweryfikowania ilości sprzedanych egzemplarzy. Muszę liczyć na dobrą wolę wydawcy.

Niestety, ale w moim wydawnictwie od jakiegoś czasu, nie dzieje się najlepiej. Podobno ktoś kogoś okradł, wykasował jakąś bazę czegoś tam od zakupów i nie wiadomo co jeszcze. Skutkiem czego zostałam wyrzucona z dystrybucji, niezgodnie z warunkami umowy. Moją książkę można znaleźć w bazach różnych sklepów, ale pojawia się informacja o jej niedostępności. Dlaczego niedostępności, tego nie wiem.

Wydawca tłumaczy sytuację  zmianami wewnątrz firmy, jakimś projektem nowej strony internetowej i potrzebą czekania na jej uruchomienie do lutego czy marca 2017 roku. Póki co, z premedytacją nie wywiązuje się z umowy już od około połowy 2016 roku. Tłumaczy się tak: jeśli ktoś zechce kupić mój tomik, to powinien napisać bezpośrednio do nich, na adres meilowy. Już to widzę, jak ktoś szuka książki bezpośrednio w wydawnictwie. Mi by to do głowy nie przyszło, tym bardziej, że publikacji trzeba szukać w archiwum sklepów.

Podjęłam więc decyzję, że sama zajmę się dystrybucją. Mam trochę egzemplarzy, które dostałam zgodnie z umową. I jeśli mi się uda dobrze otagować notkę  to ktoś zainteresowany, będzie mógł trafić na bloga pod ten oto wpis, a jeśli będzie chciał wniknąć w świat moich szeptów, to umożliwię mu to. Wystarczy skontaktować się ze mną na adres z prawego boku strony. blog151

A jaki był zamysł wydania? Każdy, absolutnie każdy z ludzi poszukuje czegoś, co go w pewnej sytuacji życiowej podniesie. Mój świat poezji z tamtego czasu, to pożegnanie. Pożegnanie z kimś kto okazał się być innym człowiekiem niż deklarował, z kimś kogo przeceniłam. Nie, to nie depresja jakiej można byłoby się doszukiwać, to jednocześnie żal i radość, ale przede wszystkim powrót do kochania siebie, swoimi a nie obcymi oczyma. Co po rozstaniach zawsze jest trudne.