TRZECI DOM

Jest taki punkt, umowny punkt, bo przecież nikt go nie oznaczył, nikt mu nie przypisał współrzędnych, że niby odcięta to tyle, a rzędna to tyle. Jest taki punkt którego położenie nie zostało zdefiniowane, a każdy chciałby je znać. To punkt na granicy ryzyka, po jego przekroczeniu ryzyko staje się głupotą.

 

Od miesiąca mam trzeci dom. Jeden to „mój dom”, moi bliscy, moje łóżko, moje sny, mój świat bez kamer i nakazów. Drugi to praca, a wiadomo praca to… praca. Za to mój trzeci dom to teraz autobus. Zasłużył sobie na to miano z racji tego, ile czasu w nim spędzam i z racji powtarzalności towarzystwa.

Siódma zero osiem to mój ulubiony autobus. Znajome twarze witają mnie co dnia. Są bliźniaki, pani w okularach, dziewczynka w różowej kurtce…  Jeśli kogoś nie ma, to się zastanawiam: zachorował, zaspał, czy wyjechał na wakacje  No ale… to jest ta jasna strona autobusu. A ciemna? Ciemna wyłania się po zmroku, jakby cały dzień tylko czekała między przystankami, ukryta. Kiedy słońce zejdzie ku ziemi i gwiazdy i księżyc cały pojawią się rywalizując ze światłem latarni o ludzką uwagę, to w autobusie coraz to bardziej wykręcone towarzystwo się pojawia.

 

- Panie, panie, to końcówka. Wysiadasz? – kierowca próbował obudzić człowieka garującego jak ciasto drożdżowe  pod bawełnianą ścierką. Co otworzył usta to mocniej gwizdał, chrapał i pochrząkiwał.- Panie jesteśmy na Górczynie, wysiadasz?- kontynuował.

Wreszcie śpioch się obudził. Wstał, zatoczył się dwa razy, poobijał o krzesełka, aby powędrować w kierunku kierowcy.

- Pppaanie, a na Dębiec dojadę? – wybełkotał w końcu.

- Właśnie przyjechałeś z Dębca – odpowiedział mu kierowca.

Autobus ruszył. Współpasażer ( ten pod wpływem procentów) przejechał dwa przystanki siedząc na nowym od poprzednio zajmowanego siedzeniu, tuż za kierowcą. Wtem, pan bardzo wstawiony znów przypomina o sobie :

- Panie, Panie! A na Górczyn dojadę? – zaczepia współpasażera, bo odnalazł w zamroczonej głowie pytanie, którym miał ochotę się podzielić.

- Właśnie byłeś na Górczynie – uzyskał odpowiedź, a właściwie wysyczał mu ją przez zaciśnięte zęby siedzący niedaleko jegomość.

Nie wiem ile razy tak jeździł w kółko. W końcu po skażeniu dwóch krzesełek wysiadł.

 

Problem uciążliwych pasażerów istniał od zawsze. Takich co to za dużo wypili, za dużo mają do powiedzenia, za dużo zjedli przed lub po, a potem puszczali pawie i tak dalej.

 

Ale istnieje jeszcze jeden typ ludzi z którymi dzielimy się krzesełkami w autobusie. Mają tak intensywny zapach, że nie da się ich nie zauważyć. Należą do kategorii ludzi niezmiennych. Co oznacza, że jutro nie ulegną cudownemu przeobrażeniu. Nie umyją się ani wieczorem, ani rano. Jutro nadal będą zarośnięci, brudni i po prostu „cuchnący”. Ich długie przetłuszczone włosy i siwa broda opadająca niemal na klatkę piersiową, jutro wcale się nie zmienią. Tak, ci ludzie to bezdomni.

Wątpliwa to przyjemność zostać zamkniętym w jednym pomieszczeniu z kimś, kto od dawna nie dba o higienę. Można tylko zakryć nos kawałkiem kurtki, chusteczki lub szalika i czekać do końca trasy. A czekaniu temu nie będzie końca, na tyle długie stają się wtedy minuty. On zaś,  niby zajmuje jedno miejsce siedzące, a jakby cały autobus dostał na własność. Nikogo obok niego nie ma. Ludzie tłoczą się w przeciwnym końcu pojazdu. Odwracają wzrok jakby ich spojrzenie mogło przefiltrować powietrze. Jednak nie da się czuć oczami.

 

Bezdomny, w takim miejscu jak środek komunikacji miejskiej?

Przyznam, że dziś nie zrozumiałam się z kolegą z pracy. On uparcie bronił bezdomnego, bo jego zdaniem bezdomny to też człowiek i może jest chory, może nie może znaleźć pracy, może taki wybrał los.

Dla mnie ten bezdomny to po prostu „mega egoista”, bo nie dosyć, że pobrudził siedzenia, swoim zapachem zwrócił na siebie uwagę, w stylu „poprzeszkadzam wam trochę” to nie wydał grosza na przejazd. I gdyby go kierowca nie wyrzucił z pojazdu, ten jeździłby autobusem od pętli do pętli do rana.

Jeśli ktoś taki jak on, wybrał los wędrowniczy, to dlaczego korzysta z dobrodziejstw świata, który opuścił? Dlaczego jest jak, ci krytycy WOŚP? Niby nie, ale… Jeśli zaś jest chory, to dlaczego nikt go nie leczy? A praca, są różne prace, od czegoś trzeba zacząć. Nie zawsze można pracować w kwiaciarni, gdzie z każdej strony pachnie fiołkami, czasami trzeba się nachylić po groszaka. Potem grosz po groszu uzbiera się złotówka, dwie, sto…

 

Mój „trzeci dom” z bezdomnym w tle to był koszmar. Taki w progi gość? Nie chciałabym zająć tego samego miejsca co on. Usiąść na cały dobytek jego organizmu począwszy od odchodów, a skończywszy na pasożytach. Człowieka, który się poddał. Który niby żyje i niby jest, niby, tylko na niby.

 

 

Dopóki nie zobaczyłam pijaczka ani bezdomnego, często ryzykowałam siadając w autobusie, dziś obawiam się, że to co kiedyś uznałabym za ryzyko w rzeczywistości uznać powinnam za głupotę. Czy to znaczy, że odnalazłam punkt graniczny? A może raczej ktoś się bardzo postarał, żebym go ujrzała.

8/28 ŚNIEŻNIK

Tak naprawdę żadne zdjęcia nie oddadzą w pełni tego, co można zobaczyć w górach. Jeden kadr to zaledwie wycinek, taki niewielki fragment (do tego te zamieszczane tu przeze mnie, są w mocno zmniejszonej rozdzielczości z racji małej ilości miejsca). Góry mają to do siebie, że całość tworzy klimat: obraz, dźwięk, zapach, kolory, ludzie, pogoda… Wszystko co pod nogami i w zasięgu wzroku…

 

Na Śnieżnik wyruszyliśmy z Międzygórza, ponieważ tam cały czas wisiał nam na liście rzeczy niedokończonych „Wodospad Wilczki”. Podczas ostatniego we wsi pobytu, ze względu na bardzo późną porę niedoobejrzany. Mimo, że oświetlony, w nocy jest jednak kiepsko widoczny. A warto tam zajrzeć, ot choćby ze względu na niesamowite drzewa rosnące w pobliżu wodospadu. Ich korzenie są  pięknie zaplecione w warkocze ręką samej matki natury, tak jakby chciała się pochwalić, że dla każdego znajdzie miejsce w którym będzie wyglądał efektownie.blog149.1 No i oczywiście dla wodospadu.

blog149.2

Na najwyższą górę z Masywu Śnieżnika liczącą sobie 1425 m n.p.m. wchodziłam z dziećmi czerwonym szlakiem. Od wodospadu mięliśmy do przejścia całe Międzygórze. Zajęło nam to ponad pół godziny. Szliśmy asfaltowaną drogą, mijając przydrożne domy mieszkalne, pensjonaty i różnej maści hotele. Z boku, przez cały czas towarzyszyła nam rzeczka „Wilczka”. Pogoda dopisywała, humory też, więc przyjemnie było wędrować.

Wejście na szlak dziki, leśny i w końcu bez samochodów,  było możliwe dopiero za parkingiem, na końcu wsi, co dziwne na mapie tego parkingu nie znalazłam.

blog149.3Z początku droga była szeroka i raczej płaska. Ale to nie trwało długo. Po jakiś piętnastu minutach marszu zaczęła się pół godzinna wspinaczka po terenach wymagających więcej wysiłku: korzenie, kamienie i tym podobne niespodzianki podłoża skutecznie przypomniały nam o tym, gdzie jesteśmy.

blog149.4Potem znowu był kawałek prawie płaski. W końcu jednak szlak nabrał odpowiednich walorów.

blog149.5

Im bliżej Hali pod Śnieżnikiem się znajdowaliśmy, tym ścieżka była węższa. Pod koniec podejścia szliśmy „gęsiego” Jednakowoż im ścieżka była węższa, tym więcej było do obejrzenia pomiędzy drzewami. Coraz piękniejsze oblicza pokazywały góry.

 

Przy „Schronisku na Śnieżniku” musieliśmy zrezygnować z dalszego poruszania się czerwonym szlakiem. Z Hali pod Śnieżnikiem w dalszą drogę wyruszyliśmy zielonym szlakiem, który prowadzi na sam szczyt Śnieżnika.

Począwszy od schroniska, na szczyt wchodziłam niemalże tyłem. Nie mogłam się napatrzeć na to co mam za plecami. Dzieciaki biegały z przodu całkiem pochłonięte chęcią wdrapania się na miejsce docelowe. Tylko, co jakiś czas głośno dzieliły się ze mną swoim zachwytem. A ja? Przez te ponad pół godziny wchodzenia tyłem zasilałam oczy boską energią gór.

Zresztą droga sama w sobie też była bardzo urokliwa i obfitująca w jagodziny.

blog149.6blog149.7

Razem z panoramą tworzyła niepowtarzalne doznania.

blog149.8

I przyznam się, że całość doprowadziła mnie do skrajnej emocji jaką jest wzruszenie.

A na samej górze było bardzo zimno, mimo że to był początek sierpnia. Na krótki rękawek szybko pozakładaliśmy wszystko co dotąd w plecakach nieśliśmy, ale i tak zmarzliśmy. Przez te pół godziny drogi z Hali pod Śnieżnikiem na Śnieżnik pokonaliśmy zaledwie dwieście metrów wysokości, bo z 1218 na 1425, a różnica temperatur musiała być ogromna.

 „.. Śnieg na Śnieżniku utrzymuje się przez ponad 200 dni w roku. Pierwsze opady zdarzają się już w sierpniu…”(http://www.portalgorski.pl/na-szlaku/sudety/leksykon-szczytow/2236-snieznik-leksykon-szczytow-sudeckich 28.X.2016)

Szczyt jest płaski i rozległy. Nagi.

blog149.9blog149.10Znajdują się na nim ruiny dawnej wieży, a właściwie to zwał kamieni.

Z racji, że spłaszczenie kopuły szczytowej ogranicza nieco widoki, w latach 1895-99 Kłódzkie Towarzystwo Górskie wzniosło na szczycie 33,5-metrową kamienną wieżę… Śnieżnickiej wieży nadano imię Fryderyka Wilhelma II. Przy wieży wzniesiono mały drewniany budynek w którym mieścił się bufet i małe schronisko. Po wojnie wieża nie miała jednak użytkownika, co spowodowało jej zniszczenie i dewastację. Ostatecznie narastający problem wieży rozwiązano najbardziej radykalnie- 11.X.1973 r. wysadzono ją w powietrze…” (http://www.naszesudety.pl/snieznik,363.html 28.X.2016)

Jest też punkt triangulacyjny, ławeczki i oznaczenia szczytu. Roślinności  niewiele, ale za to szerokie grono gór sąsiadek dało nam na siebie popatrzeć, bo te kilka chmur co się pojawiło nie lubiło widocznie niskich przestrzeni.

Po pamiątkowej fotografii zeszliśmy na obiad do schroniska „Na Śnieżniku”

„ Na Śnieżniku to jedno z najstarszych schronisk na ziemiach polskich. Szwajcarkę założyła w 1871 roku Marianna Orańska, córka holenderskiego króla. Na jej ziemiach pod Śnieżnikiem założono farmę krów, która stopniowo przekształciła się w pensjonat turystyczny z 50 miejscami noclegowymi i dużą jadalnią. Typowe schronisko wybudował sprowadzony ze Szwajcarii góral, Michał Aegerter. Po wojnie budynek długo stał pusty, dopiero w połowie XX wieku schronisko przejęło PTTK, Właściciele często się zmieniali, dopóki w 1982 roku nie przyjechał tu Zbigniew Fastnacht…” (http://m.wroclaw.wyborcza.pl/wroclaw/1,106542,13145991,Czas_zamrozony_na_Sniezniku_w_jednym_z_najstarszych.html 28.X.2016)

Tam zjadłam chyba najlepszą pomidorową w życiu. Przybiliśmy pieczątki i ruszyliśmy w drogę powrotną. Cały tłum ludzi który przez drogę na szczyt przechodził gdzieś obok nas nagle się rozpuścił. Drogę powrotną mieliśmy więc dla siebie na wyłączność.

Szybko minął nam ten dzień. Kiedy schodziliśmy do Międzygórza już się ściemniało.

W pozytywnych miejscach czas biegnie tak, jakby go ktoś gonił. Zaledwie kończy się poranek a już nastaje wieczór. A potem noc i sny z wierzchołkami w tle :)

SIEDEMNAŚCIE Z DWUDZIESTU

Może istnieje jakieś logiczne wytłumaczenie pytania: dlaczego jeden palacz po wypalonym papierosie bardziej śmierdzi niż inny po wypalonym papierosie? Bo zupełnie nie pojmuję, dlaczego jeden z nich mi nie przeszkadza, a drugiego znieść trudniej. Zapewne… hmm być może to kwestia marki papierosów, ubrania (jego dymochłonności), a może po prostu samego ciała? Jeden organizm bardziej chłonie dym i kumuluje go w sobie a drugi organizm ma jakieś umiejętności ochronne…

 

Od ponad ośmiu lat nie palę papierosów.

 

Co jakiś czas słyszę od kogoś pytanie

- To ty paliłaś???

Jakbym była jedną z tych, które niczego poza zdrowym sokiem ze świeżych owoców w życiu nie próbowały. Oczywiście, że paliłam choć dumy z tego powodu nie czuję.

I wtedy przychodzi mi tłumaczyć, że tak i owszem naście lat się raczyłam Że próbowałam na różne sposoby przestać. Tabletkami super efektywnymi, co efektu nie dawały, landrynkami, których nie przestawałam obracać w ustach zanim mi się szczęka nie przemęczyła. Próbowałam też palić papierosa po kilka machów, nie całego. Chciałam odzwyczaić się, zmniejszając sobie dawkę nikotyny, albo ustalając dłuższe przerwy pomiędzy kolejnymi papierosami. Taki był tego wynik, że zerkałam co rusz na tarczę zegarka, czy minęły dwie godziny? Jeszcze piętnaście minut, cztery, jedna, już… I tak wszystko na nic było. Jedyne na co potrafiłam się zdobyć, to rzucenie palenia przy ciąży, ale potem i tak wracałam do nałogu.

Nie pomagała fachowa literatura. Nie straszne mi były konsekwencje palenia: zdjęcia z gazet, czarne płuca, ludzie z rurkami w szyjach, wypluwacze czegoś niesprecyzowanego, szara cera, żółte zęby i palce…

 

W tamtym czasie najgorsze dla mojej świetlanej wizji przyszłości bez papierosa, były wyznania byłych palaczy.

Miałam pewnego sąsiada. Miły pan, taki zwyczajny. Widział, że często na klatkę schodową wychodziłam posmrodzić. Od słowa do słowa zeszliśmy na temat nałogu.

- Już dziesięć lat nie palę – mówił.

- I nie ciągnie pana, żeby sobie zapalić? – dopytywałam.

- Paaani, były palacz zawsze będzie chciał zapalić, do końca życia. Cały czas mnie ciągnie do papierosów.

Pomyślałam sobie wtedy, że musi być strasznie tak nie palić. Co za męczarnia. Ciągle chcieć i sobie odmawiać. I tak dzień za dniem, godzina za godziną… do końca życia.

 

No ale…

Dożyłam do takiego dnia, nocy, bardziej nocek, w których zaczęłam się budzić tylko po to, żeby zapalić. Już nie rano był czas na pierwszego papierosa, ale o drugiej, trzeciej w nocy. To mnie zaniepokoiło.

W tamtym czasie wiele się u mnie działo. To był taki moment, w którym stary porządek życia się skończył i potrzaskało się wszystko co miało być niezmienne i na stałe. Zadawałam sobie przy tym wiele pytań o zasadność tego i tamtego,  wtedy też…  przestałam palić. 

- Jak rzuciłaś palenie? – spytała mnie kolejna spotkana w ciągu ostatnich lat osoba.

- Jakoś tak wyszło. Dzień przed rzuceniem spaliłam siedemnaście papierosów z paczki, nie zakładałam po raz kolejny, że to koniec, nie delektowałam się kolejny raz ostatnim, pożegnalnym papierosem. Rano obudziłam się z myślą, że rzucam. Od tamtego dnia nie zapaliłam ani jednego. Do końca nie wiem dlaczego akurat wtedy…  chyba żeby rzucić trzeba poczuć się szczęśliwym

 

Dziś nie „przyklejam” się do palących  (tak, jak to robiłam przy kolejnych nieudanych próbach), tylko po to, żeby sztachnąć się rykoszetem, ale i nie przeszkadza mi palący. Może koło mnie siedzieć i palić,  nie czuję żadnej chęci przyłączenia się do niego. Nie wyzywam nikogo palącego, ani nie namawiam do porzucenia zgubnego nałogu. Zwykle mówię tylko raz, że „może przydałoby się rzucić”.

Nie ciągnie mnie do zadymionego pomieszczenia, nie wystaję pod żadnym budynkiem na zimnie zaciągając się półlegalnie, po kryjomu, albo w pośpiechu. Nawet nie pomyślę o tym, żeby zapalić.

Za to cieszę się, że nie muszę wstawać co rano i na początek dnia zastanawiać się czy mam tyle „fajek” ile potrzebuję. Przez fazę ponałogowego obżarstwa przeszłam łagodnie. Mój organizm oczyści się za jakieś siedem lat, bo proces oczyszczania (jak twierdzą badacze) potrwa piętnaście lat. Każdy jeden dzień przybliża mnie do tej czystości. Z każdym dniem tak upragnionej przeze mnie wolności od nikotyny, czuję się szczęśliwsza i szczęśliwsza i jeszcze szczęśliwsza… nie paląc.  

KOWADŁO 6/28 I RUDAWIEC 7/28

Mój pierwszy samotny wyjazd z dziećmi w góry? Hmm… był dziwny, co tu dużo pisać. Nie pamiętam, co dokładnie skłoniło mnie do tego, żeby się wybrać na górzyste południe a nie na pełną morza północ polski. Pewnie po części chciałam uciec przed smutnymi wspomnieniami, a po części zrobić coś nowego, innego i zupełnie nie podobnego do mnie, jako matki. Jakkolwiek spojrzeć na te nasze raczkowanie z górami, jedno jest pewne – tamten wyjazd rozpoczął piękny etap w naszym życiu, etap podróży i przygód. Etap walki z własnymi słabościami, zadziwień i stopniowego odzyskiwania wiary w ludzi.  

Wtedy, a było to w  2013 roku, nie chodziliśmy po górach z dwóch powodów po pierwsze najmłodszy z synów był bardzo mały, po drugie trochę się bałam, że zabłądzę, że to, że  tamto. Zawsze boimy się tego czego nie znamy, a ja z domu rodzinnego nie znałam chodzenia po górach.

Gierałtów Stary gościł nas więc  rzeczką, Strońskim zalewem i piękną pogodą. Dopiero za trzecim przyjazdem w to samo miejsce, do tego samego, sprawdzonego pensjonatu, mieliśmy jasno określone cele, a to dzięki KGP.

 

Pobliska miejscowości Gierałtów Stary, wieś Bielice jest doskonałym punktem do początku wędrówki na dwie góry: Kowadło i Rudawiec. One, jak dwie siostry, są sobie bliskie a jednocześnie tak od siebie różne. Jedna mniejsza, druga większa, jedna dzika a druga łagodna. Tylko matka je łączy jedna, wieś Bielice.

Kowadło to najwyższy szczyt Gór Złotych mierzący 989 m n.p.m. Rudawiec to już Góry Bialskie, a on jako najwyższy ich przedstawiciel pozwolił sobie przekroczyć magiczną wysokość tysiąca metrów i wspiął się do1112 m n.p.m.

Bielice to wieś jakich wiele. Jest droga, przy drodze strumyk, kilka chat, nic co wyróżniałoby ją z tego tytułu, że jest na „skrzyżowaniu” łańcuchów górskich. Tu jest dziko, cicho, spokojnie i pięknie.

 W Bielicach zaparkowaliśmy przy „Chacie Cyborga” (tam można zdobyć stempelek do książeczki KGP). Miła pani w recepcji dała nam mapę i kilka wskazówek, jak znaleźć szczyty, których szukamy. Mapa o tyle dziwna, że zawierała opis szlaku prywatnego, po którym właściciel pozwala poruszać się turystom. No, co góra to jakaś nowość.

blog147.1Wędrówkę rozpoczęliśmy prywatnym, czarnym szlakiem.

blog147.2

Podążaliśmy nim przez Barani wąwóz…

blog147.3… w kierunku przełęczy na granicy polsko-czeskiej w Górach Złotych, bo właśnie tam należy zejść na zielony szlak.

blog147.4

Tu Czesi mają swój żółty szlak a my swój zielony, które biegną praktycznie obok siebie, aż do szczytu polskiego Kowadło, czeskiego Kovadlina.

blog147.5blog147.6

Sam szczyt może i nie zachwyca, bo widoków z wysokości jest mało…

blog147.7

 …ale za to jaka malownicza jest trasa wokół szczytu.

blog147.8

Idąc dalej zielonym szlakiem, zgodnie z planem zaszliśmy na chwilę do Bielic. We wsi podążaliśmy wzdłuż drogi, mijając klika chat, mostek, stawek, i… nie bacząc na mgłę osadzającą się na nas kropelkami coraz gęściej i częściej, odbiliśmy na Rudawiec.

Najpierw było mocno pod górkę

blog147.9

potem błotniście, bo po nocnej ulewie.

blog147.10

Czuliśmy, że mgła depcze nam po piętach. Na naszych oczach zagarniała coraz to nowy wycinek lasu i rozlewała się po nim. Zupełnie jakby matka natura wypuszczała z komina dym. W pewnym momencie „zostaliśmy otoczeni”. Wszystko wokół stało się niewyraźne.

blog147.11

I myślałam, że już piękniej być nie może, ale się pomyliłam. Bo po przekroczeniu tego oto miejsca

blog147.12

zrobiło się po prostu bajkowo.

Każde drzewo, które się kiedyś, z jakiegoś powodu przewróciło, leżało tam gdzie zakończyło żywot, każde któremu piorun przyciął koronę, stało takie niepełne.

blog147.14

Ścieżki były wąskie i niezbyt uczęszczane. Raz był jasny, zielony las z jagodzinami i iglakami a zaraz potem wchodziło się w mroczne ostępy. Mgła potęgowała każde z moich doznań estetycznych. Byłam w siódmym niebie. Powalił mnie ten szczyt. I choć wilgoć dawała się we znaki nie narzekałam na nią specjalnie, bo wiedziałam, że to właśnie ta wilgoć dała mi najcudniejszy (jak dotąd) spacer po górach.

blog147.13

Przy Iwince

blog147.15

znowu szlak polski i czeski zaczyna biec niemal równolegle. Czeski na Polską Horę a nasz na szczyt Rudawca.

blog147.16

Jak już się się nań wdrapaliśmy dochodziła godzina osiemnasta. Coraz mocniej padało, co wskazywało na to, iż czas opuścić bajkę.

Kiedy zeszliśmy do Bielic z lekko zachmurzonego wczesno- popołudniowego nieba nie pozostało nic. Lało niemiłosiernie, a szczyty gór całkowicie okryły się mgły białą kołderką. Wyglądały… nie, prawie wcale spod niej nie wyglądały. Schowały się i kazały sobie nie przeszkadzać…    

TERAZ MY

Minęło trzy i pół roku. I właściwie to lata nadal mogłyby się zaczynać i kończyć  i nic nie musiałoby się zmieniać, nic, absolutnie nic w tej sferze. Mogłabym wstawać powolutku z nóżki na nóżkę, nie spiesząc się nigdzie i  kłaść się spać kiedy zechcę o dziewiętnastej o północy…

Ale nie, ale nie taki ma być koniec.

 

Pewnego pięknego dnia postanowiłam, że zaadoptuję, co już czyjeś było i zaopiekuję się tak, jakby nigdy nie było czyjeś, bo jednego byłam pewna, że jeśli jeszcze kiedyś będzie ze mną mieszkał, to nie będzie to nówka sztuka, prosto z rozmnażalni zwanych hodowlami. Wezmę to, co zostało skazane na bycie na krawędzi, na tułaczkę od drzwi do drzwi w poszukiwaniu własnego kąta i miski. Nigdy takiego nie miałam „psa z drugiej ręki”. To się wiąże z pewnym ryzykiem, ale przecież w życiu chodzi właśnie o to, żeby sobie podnosić poprzeczkę wyżej a nie opuszczać niżej.

No i stało się, mamy w domu takiego. Od dwóch tygodni jest z nami. Wymarzony prezent imieninowy dla syna, ale i przyjaciel całej rodziny.

 

Kiedy co rano słyszę jej kroki, jej pazurki na panelach czy płytkach, to przypominają mi się ostatnie miesiące życia poprzedniego psa. Za każdym razem kiedy wstał z legowiska to sikał. W środku nocy czy nad ranem, nie wytrzymywała. Najpierw słyszałam jak się porusza, a potem wodę lejącą się na twardą powierzchnię. Dźwięk taki, jakby ktoś odkręcił kran. Bardzo często nie zdążyłam jej wyprowadzić na spacer i denerwowałam się strasznie z tego powodu, że w kółko musiałam sprzątać. Trauma mi pozostała, ale i poczucie winy, że może mogłam zrobić coś inaczej, coś więcej niż robiłam. Zresztą wtedy wszystko w moim życiu się na siebie nałożyło i odwróciło do góry nogami, tyle rzeczy na raz… zdecydowanie za dużo.

 

Ma półtora roku. Jej poprzedni właściciele oddali ją, bo gdzieś wyjeżdżają, bo mają za małe mieszkanie… a dlaczego naprawdę? Kto to wie? Przez chwilę już gdzieś była, ale nie pasowała komuś i oddał ją z powrotem. Tak więc jak przedmiot przechodziła z rąk do rąk. Nie wnikam, staram się nie oceniać dlaczego? Kwestię sumienia też zostawiam, nie moje to sumienie żebym je brała w ręce i oglądała z różnych stron.  Zapewne prędzej czy później sunia wylądowałaby w schronisku, bo jeśli ktoś jest zdecydowany to odda psa tak, czy inaczej.

No ale… na początek zmieniłam jej imię. Nie pasowało mi do niej poprzednie. Trochę się poczułam jakbym zmieniła jej cały świat, jej pole energetyczne. Ale za każdym razem, kiedy na nią spojrzałam myślałam o tym, że ten pies nie miał łatwo, przynajmniej ostatnio  i że trzeba coś zmienić, żeby przerwać krąg odrzucenia. Ślęcząc w pracy, gdzieś pomiędzy łykiem kawy i cięciem wizytówek, a łykiem kawy i bigowaniem zaproszeń na coś tam, pomyślałam nagle „Wiza” i tak już zostało. Nasza Wiza.

blog146W związku z Wizą jestem pełna pozytywnych emocji. Obserwuję ją każdego dnia i każdego dnia jestem pod większym wrażeniem. Zaakceptowała nas niemal od razu. To młody, jeszcze gapowaty, zdrowy, zadbany pies. Nauczony załatwiania się poza mieszkaniem. Nie próbuje spać z nikim na łóżku. Nie „sępi” jedzenia w porze naszego posiłku. Akceptuje wszystkie zwierzęta domowe, łącznie z kotami. Tylko z psem mojej siostry jeszcze się nie dogadała. Na spacerze nie rzuca się na ludzi, ani na psy, które  tuż przy płocie pilnują swojego terenu. Widać, że ktoś dużo czasu poświęcił na jej wychowanie.

Teraz nasza kolej, teraz my.

JAGODNA 5/28

…W roku 1473 po okresie długiej suszy wybuchł olbrzymi pożar, który przez sześć tygodni trawił lasy Gór Bystrzyckich. Prawdopodobnie po tym wydarzeniu użyto po raz pierwszy nazwy Spalona na określenie terenu, gdzie znajduje się obecnie wieś… (spalona.pl 16.08.2016)

blog145.1Ten kamień dał mi do myślenia. Pewnie dlatego, że nie rozumiem tamtejszej mentalności, zwyczajów, być może kultury… a może jeszcze czegoś innego. Brand jest dawną nazwą Spalonej, niemiecką nazwą. Samo słowo Brand z języka niemieckiego oznacza pożar i rdzę. Wygląda na to, że Spalona to jest ta sama wieś co Brand. Jak więc mogli się spotkać byli mieszkańcy i obecni? Mały krok w zaświaty? Nie… chyba nie.  

 

Wędrówkę na Jagodną, na królową Gór Bystrzyckich mierzącą sobie 977 m n.p.m, można rozpocząć z przełęczy Spalona. Przy schronisku „Jagodna” biegnie niebieski szlak. Na jego początkowych metrach, z boku drogi stoi powyższy kamień upamiętniający spotkanie, którego nie rozumiem. Po drugiej stronie drogi pasą się młode barany, dorosłe owce, bywa, że i ciężarne, ale też nie brak tam jagniątek. To taki wyselekcjonowany przez hodowcę przekrój owczego społeczeństwa.

blog145.2Jako, że pogoda była łaskawa, a nogi zmęczone wielogodzinną jazdą samochodem wymagały ruchu, pomimo późnej pory postanowiłam wybrać się z dziećmi na szczyt Jagodnej. Szlak prowadzący do niej nie jest wymagający. Bardzo szeroka droga, bez znaczących przewyższeń. W sam raz na wieczorny spacer z rodziną.

blog145.3Bywało, że niebieski znaczek wiódł nas w las. I to były najbarwniejsze odcinki drogi, takie, ku naszej uciesze.

blog145.4Wędrując nimi, bez żadnego wysiłku, ani specjalnych zabiegów można było co kilka kroków skubnąć jagódkę. A i cudaki się zdarzały, jak choćby  ropucha, która nie była szczególnie zadowolona ze spotkania z nami. Na wszelki wypadek wolała więc udawać trupa, ale gdy tylko przestąpiliśmy od niej kilka kroków, ona czym prędzej czmychnęła w trawę i tyle ją widzieliśmy. Cwana to bestia. No ale przecież, nie można się jej dziwić. Jeszcze nieopatrznie ktoś mógłby ją wziąć za księcia i obcałować nie bacząc na jej wolę. A to mogłoby nie być dla niej przyjemne.

Wracając do tematu, szlak jednak szybko wydostawał się z lasu i na powrót wskazywał nam szeroką drogę. A idąc nią co kawałek mijaliśmy ambony. Doskonale zachowane. Relikty przeszłości to, czy może nadal użyteczne obiekty? Trudno stwierdzić.

Na ostatnią z ambon weszliśmy. Na chwilę, tak dla tradycji, bo chyba wszyscy zdobywcy Korony Gór Polski zaglądają do jej środka. To była ambona szczytowa. Jest na niej tabliczka z nazwą szczytu i jego wysokością.

blog145.5

 

Wędrówka od schroniska do szczytu Jagodnej zajęła nam półtorej godziny, łącznie z postojami przy jagodzinach. Widoków w najwyższym punkcie góry brak, nawet z ambony. Po drodze zresztą też niewiele ich było. Czasem pojawiał się prześwit pomiędzy drzewami i wtedy można było choć trochę nacieszyć oczy panoramą.

Po powrocie do schroniska PTTK „Jagodna” wbiliśmy w książeczki pamiątkową pieczątkę i spróbowaliśmy specjałów tamtejszej kuchni. Racuchy z jagodami i śmietaną… pycha.

blog145.6Potem jeszcze tylko partyjka warcab na oryginalnej planszy. I nastał koniec dnia.

blog145.7

 

 

Wszystko tam było jagodowe:  szczyt, schronisko, owoce leśne… I jak się później okazało nawet sny tamtej nocy miałam jagodowe ;)

WALIGÓRA 4/28

Waligóra jest najwyższym szczytem Gór Suchych i całych Gór Kamiennych. Czwarta cegiełka – 936 m n.p.m. do Korony Gór Polski.

 

W krajobrazie Gór Suchych dominują bardzo strome stożki i kopuły, które połączone ze sobą podstawami, tworzą grzbiety. Rozdzielają je głęboko wcięte, długie doliny, również o stromych zboczach. Ze względu na specyfikę podłoża, są one często suche (stąd „Góry Suche”)… Szlaki turystyczne prowadzą tutaj często wprost po linii grzbietu, co powoduje, że droga składa się niemal wyłącznie z bardzo stromych podejść i zejść, z minimalną ilością odcinków płaskich. Stromość szlaków nierzadko przekracza 30%, co jest nachyleniem bardzo dużym i sprawia, że po dłuższych opadach deszczu lub w zimie niektóre szczyty stają się niemal nie do zdobycia.( http://dolnoslaskie.naszemiasto.pl/artykul/gory-suche-sudeckie-tatry,133211,art,t,id,tm.html 27.07.2016)

blog144.8

 

Dziwne to góry, niskie, ale z charakterem. Nie wolno ich lekceważyć. Zbyt wysoko uniesiony nos? O nie, to nie w tych górach. W tych górach patrzy się pod nogi i stąpa się ostrożnie. Z szacunkiem dla matki natury, która jak nikt inny ma sposoby na zrobienie lekcji pokory dla opornych.

Po przeprowadzeniu małego rozpoznania byłam pewna, że nie chcę iść żółtym szlakiem z Andrzejówki. Słyszałam bowiem o tym, że to bardzo strome podejście, choć ekspresowe. W dwadzieścia minut można się dostać na sam szczyt. Akurat tamtego dnia byłam tak wymęczona, że spacerowy szlak byłby dla mnie najodpowiedniejszy. Ale, jak to w życiu bywa, nie zawsze możemy mieć to, co chcielibyśmy mieć.

 

 

Żeby iść łatwiejszym szlakiem na Waligórę, z Andrzejówki mieliśmy iść żółtym szlakiem żeby dojść do innego bodajże niebieskiego. Ale my tym szlakiem poszliśmy dalej i zamiast wejść na szlak, który miał nas doprowadzić do jakiegoś tam innego koloru, my weszliśmy na ten żółty, którego chciałam uniknąć. Do teraz nie rozumiem na jakiej to tam działa zasadzie.blog144.1

 

Początkowo żółty szlak wyglądał dosyć niewinnie.

blog144.2Kiedy się zorientowałam, że to ten szlak, którego chciałam uniknąć byłam już w mniejszości. Obok mnie trzech synów stało z takimi wielkimi uśmiechami na ustach na widok  stromego podejściu, że moja odmowa połamałaby im chyba serca.

Przemknęło mi tylko przez myśl „no dobrze, zróbmy to” i wyruszyłam trochę grymasząc, ale ten grymas to bardziej na pokaz był, bo przecież wyzwania kształtują charakter. A ja lubię wyzwania tylko czasami trudno mi porzucić swoją wolę pierwotną na forum publicznym.

blog144.3

Waligórę zdobywa się dosłownie po czterech. Miejscami nie ma innego sposobu. Dlatego tu nos trzeba jak pies trzymać przy ziemi i kłaniać się po stokroć i wyciągać dłoń do każdego korzenia, tak, to nie żart.

blog144.4blog144.5

Szłam jako ostatnia z myślą, że w razie czego będę młodych łapać, jeśli któryś się poślizgnie. Było trudno, a małe kamyszki wcale mi nie ułatwiały wejścia. Przytrzymywałam się trawy, iglastych przyjaciół, najmniejszych gałązek. I myślałam „nie, to się nie dzieje”. Szłam ledwo żyjąc, zadając sobie przy tym pytanie o własną normalność. Szłam zastanawiając się nad tym, dlaczego mnie nie rajcują chipsy, cola i telewizor w jednym. Co ja tutaj robię? Taka stara a taka… oderwana od społeczeństwa.

blog144.6Odpowiedź znalazłam na szczycie. Po raz kolejny stanęłam tam, gdzie wielu nigdy nie dotrze. Jednemu przeszkodzi brzuch, drugiemu szpilki, trzeciemu lenistwo a co pozostałym? Nie wiem.

blog144.7

Podziękowałam matce naturze, za to, że pozwoliła nam tam wejść. I zeszliśmy, nie kusząc losu tym drugim żółtym szlakiem. Fakt, szło się dłużej, ale na pewno bezpieczniej, a emocji miałam już dosyć jak na jeden dzień. Idąc po drodze oglądaliśmy piękno okolicy: potężne  drzewa, ale i ich wywroty czyli drzewa wyrwane, najprawdopodobniej przez wiatr.

blog144.9 blog144.10

W schronisku „Andrzejówka” była pieczątka. Średni syn zniecierpliwiony oczekiwaniem podszedł do jakiegoś imć opiekuna wycieczki, który tych pieczątek w książeczkach stawiał dużo. Poprosił go o tą pieczątkę. Tu, jak się nie podniósł od siedziska jegomość rosły, jak nie zaczął młodemu słodzić:

- E… ty to gość jesteś, my też zdobywamy koronę ja i dzieciaki. A koszulkę masz? My za każdym razem, gdy wejdziemy na szczyt, to wszyscy zakładamy koszulki klubowe i robimy sobie takie zdjęcie zbiorowe – opowiadał nieznajomy.

Opowiadając wyciągnął do młodego dłoń, żeby mu ją uścisnąć w geście aprobaty. Kilka razy przy tym powtarzając, mu że on to jest gość, bo zdobywa Koronę. Urósł mi syn od tych komplementów o kilka centymetrów jak nic. I do tego pieczątkę zdobył, dla siebie i dla nas wszystkich.

 

Waligóra, i cóż, że nie ma o niej legend, historycznych przysmaków, ezo-powiązań ani innych tego typu ciekawostek. Wchodząc żółtym szlakiem, każdy jest zdany sam na siebie. A na szczycie nie ma żadnych widoków, bo szczyt jest całkiem porośnięty. Jednak dla mnie ta góra jest wielka, bo uczy zaufania do siebie, do innych, bo daje nagrody… takie małe, ale jakże wielkie. Kilka ciepłych słów, miłe spotkania…zadowolenie.

WIELKA SOWA 3/28

Góry Sowie uznane są za najstarsze góry w Polsce. Najwyższy ich szczyt to Wielka Sowa mierząca 1015 m n p m.

 

Nazwa Gór Sowich podobno nie ma nic wspólnego z sowami. Istnieją tylko przypuszczenia i legendy co do pochodzenia nazwy. Mi najbardziej podoba się ta legenda, w której pewien człowiek miał siedem urodziwych córek, ale nie chciał, żeby poszły za mąż za byle kogo. Córki, za sprawą czarów wymykały się z domu zmienione w zwierzęta. Ojciec też skorzystał z mocy tajemnych, żeby je gonić. Zmieniał się w zwierze, które było w stanie dogonić zwierzo-córki. Za trzecim razem zmiana była nieodwracalna. One zmieniły się w zająca, ojciec w jastrzębia. One zmieniły się w sarny, ojciec w wilka. One zmieniły się w sowy… i już tymi sowami zostały. Zamieszkały w górach, które nazwano Górami Sowimi.

 

 

Obawiałam się wyjazdu majowego ze względu na to, że w trakcie przypadnie mi dzień pierwszo majowy. A wiadomo, że wtedy niewiele sklepów i jadłodajni jest otwartych. Zastanawiałam się, jak zdobędziemy pieczątkę z jakiegokolwiek szczytu. I, gdy się tak zastanawiałam jakimś trafem weszłam na stronkę o górach Sowich. Wyczytałam informację o tym, że co roku pierwszego maja organizowana jest majówka, która symbolicznie otwiera sezon turystyczny w Górach Sowich. Można zdobyć Wielką Sowę w towarzystwie zrzeszonych osób i przewodnika, a ten jak wiadomo może potwierdzić zdobycie góry wystawiając w książeczce niezbędną adnotację. Zadzwoniłam, zapytałam i zarezerwowałam miejsca dla siebie i dzieci.

Wielką Sowę zdobywaliśmy w grupie nieznanych nam osób, które okazały się bardzo miłym towarzystwem. Zadbali o nas. Do dziś ciepło ich wspominam.

 

Wyruszyliśmy z Przełęczy Jugowskiej.blog142.1Poruszaliśmy się żółtym szlakiem bardzo przyjemnym zresztą, wręcz spacerowym. Po drodze mijały nas spore grupy turystów pieszych i rowerowych.blog142.3blog142.4Wszyscy zmierzali na Wielką Sowę. Tam była impreza.

Dotarliśmy na szczyt tuż przed oficjalnym „rozpoczęciem sezonu”. Dzięki czemu udało nam się jeszcze wejść na wieżę widokową. W niej to podbiliśmy książeczki KGP.

blog142.5A z góry mogliśmy nacieszyć oczy panoramą, ale też i popatrzeć z wysokości na uwijających się współuczestników imprezy.blog142.6blog142.7Cały czas przygrywał lokalny zespół „Bieguni”. Potem nastąpiło uroczyste przecięcie wstęgi. Kto był głodny mógł się posilić bigosem czy grochówką. Albo sam sobie upiec kiełbasę w zbiorowych ogniskach.blog142.8blog142.9No ale, nic co dobre nie trwa wiecznie. Trochę się ochłodziło co oznaczało, że najwyższy czas wracać. Z Wielkiej Sowy przez schronisko „Sowa” udaliśmy się do prześlicznej miejscowości Sokolec, jedynym w Polsce fioletowym szlakiem.

blog142.11Widoki przepiękne, boskie powietrze i wspaniali ludzie. Tam warto pojechać szczególnie na majówkę…

34 STOPNIE CIEPŁA

W upalne dni wielkomiejskie życie tętni na basenach. Szczególnie lubiane są te odkryte. Tam dostępne jest  i słoneczko i woda i żarcie (przyniesione z domu w wielkich torbach) i fajki… a w krzaczorach, gdzie jakość użytkowników jakby spada, kwitnie spożycie napojów nisko-alkoholowych przemycanych w skarpetkach.

Niemniej jednak, basen fajny jest. Można się na przemian to podsmażyć, to ochłodzić. Ale  też i posprzeczać z sąsiadem zza koca, ręcznika lub leżaka, i to nie o byle co, bo o dym papierosowy, nietrafione do kubła śmieci a nawet o rzucanie cienia i kradzież dmuchanej piłki.

Tak, basen to barwne miejsce. Piękne panie, przystojni panowie, wszędobylskie dzieci… Nie wiadomo na czym zaczepić oko, nos albo ucho.

 

Popularna „Chwiałka” – basen na który przychodzą całe pokolenia. W zeszłym roku obchodziła 50-cio lecie swojego istnienia. A w tym roku 25 czerwca 2016 roku pochwaliła się odnowionym basenem dla milusińskich, czyli brodzikiem.

blog141a

Cudeńko. Tu jakiś kwiatek sika wodą, tam jakiś wąż pluje. W kółkowym tunelu jest delikatny natrysk, a te wiaderka, trzy kolorowe wiaderka,  wiszące na słupie zbierają wodę z mini kranu a kiedy się napełnią po brzegi to wylewają całą swoją zawartość na tylko na to czekających sympatyków. Kubeł wody dobrze im robi.

Ale tu muszę się zatrzymać na moment.

Za swoim siedmiolatkiem poszłam w te ostępy brodzikowe. Na pierwszej płaszczyźnie jest głębokość piętnaście centymetrów. Druga, to woda sięgająca dorosłemu do kolan. Kiedy podziwiałam mojego najmłodszego z płycizny do części głębszej, tuż obok mnie przedzierała się kilkuletnia dziewczynka, za nią niezdarnie szedł jakiś niespełna roczniak. Dla tego chłopca woda okazała się być bardzo głęboka. Wpadł na samo jej dno. Myślałam, że tak ma być, że ta młoda dama obok to jego siostra, a on nie pierwszy raz nurkował, że to stały fragment zabawy pomiędzy rodzeństwem. Trwało to wszystko chwilę. Młody wstał, a dziewczynka się ulotniła. Teraz dopiero zaczął się ryk. No tak, to był wypadek. Z kobietą obok zaczęłyśmy rozmowę:

-To pani dziecko? – zagadała mnie

-Nie – odparłam zdziwiona

-A czyje to dziecko?

-Nie wiem

-Wyciągnijmy go – zaproponowała

Zdążyłyśmy go wyciągnąć z wody, a zjawiła się szanowna matka z drugim u boku synem, mniej więcej ośmiolatkiem. Przy nas wyzwała starszego, że go nie pilnował i zabrała malucha nawet nie odezwawszy się do nas w podzięce za wyciągnięcie malucha z wody.

Ratownik nic nie widział, może „bajery” zasłaniały, siedział przecież po drugiej stronie basenu. Do tego duża ilość ludzi, zaciemniała mu a właściwie jej, bo to była ratowniczka, obraz. Mało brakowało, a by się dziecko w brodziku utopiło. Tym bardziej, że do brodzika i kilkunastolatkowie wchodzili, robiąc swoją obecnością niezły zamęt, popychali się i lądowali tyłkami w wodzie. W tym rozgardiaszu każdy rodzic pilnował własnej pociechy, a taki pozostawiony sam sobie mógłby kiepsko skończyć, bo oni bawili się nie zważając na młodsze dzieci, aż mi dziwnie było im tłumaczyć, żeby się rozejrzeli, że tu są malutkie dzieci. Jak to? Rodzice im nie wytłumaczyli jak kruche jest życie?

 

Po brodziku jest basen średni o głębokości 0,8 do 1,1 ze zjeżdżalnią. W tym basenie jest dosłownie wszystko: młodzi i starzy, pływający i nie potrafiący wcale. Piłki, koła ratunkowe i dzieci skaczące na głębokość 1,1 metra. blog141b

Stamtąd trafiamy już tylko na duży basen, gdzie gruntu jest niewiele. Dzikusów jest za to pod dostatkiem. Ale cóż, młodość swoje prawa ma. To kolegę trzeba wrzucić, to koleżankę. A i samemu wypada sobie ochłodzić ciało. Jeden robi salto w tył, drugi skok do przodu, trzeci na bombę. Ten teren jest zdecydowanie najtrudniejszy do upilnowania przez ratowników. blog141c

 

Tymczasem minęła godzina czternasta i trzeba było opuścić sąsiadów basenowych, aby udać się w stronę telewizora. Wszak o piętnastej był mecz Polska-Szwajcaria.

Jadąc samochodem dyskutowaliśmy o wrażeniach z basenu.

-A koło mnie leżała baba w stringach – zaczął niespełna jedenastolatek – i miała takie rozłożone nogi.

Tu pokazał kąt 45 stopni.

-Widziałeś coś? -  zapytałam.

-No, to było okropne- ciągnął.

Przez myśl przeszło mi jedno, ale…

-Widziałeś włosy?

-No

-Jakie były

-Różowe

Różowe? Jak to różowe? Jakaś nowa moda? To już i farbuje się włosy łonowe? Czego to ludzie nie wymyślą. Jest widać jeszcze wiele nie odkrytych dróg i miejsc do popisów. Kolczyki, tatuaże a teraz… farbowanie?

-Jak to różowe? Wyłaziły jej różowe włosy? – pytałam nie mogąc uwierzyć.

-Nie tam, na głowie miała różowe włosy.

 

Wizyta na basenie. Jej  uroki. Dobrze, że w końcu zaczął się mecz i można było zakończyć temat basenu… 34 stopnie ciepła, wszystkim dały się we znaki.