ZUPA, BUŁKA I KAWA

Z poszukiwaniem sensu to chyba nie ma co wyskakiwać przy takim temacie, niemniej jednak zawsze pojawia się pewna chęć zrozumienia postępowania niektórych ludzi, często całych grup jednego pokroju, jeśli robią coś, nie znajdującego wyjaśnienia w oczach obserwatorów. Zbliżają się Święta, wybory jakieś i szał zakupowy coraz się mocniej rozkręca w imię rodzinnych Świąt, a do tego jeszcze, jak wszystkim wiadomo zaczął się okres jednorazowych dawców, czyli takich Mikołajów na jeden wieczór.

 

Ustawili się w rządku, jeden za drugim. W jeansach, kurtkach i tenisówkach, czapkach robionych na drutach, różnie się prezentując. Niektórzy z plecakiem i śpiworem do niego przywiązanym. Ludzie, którym trochę dalej jest do normalnego życia niż tobie i mi.

 

Nie wiemy na ile blisko przechodziliśmy dotychczas przy cienkiej granicy, za którą moglibyśmy dołączyć do ich grona. Wolimy o tym nie myśleć, dla wielu z nas to zwykłe lumpy albo słabiaki, którym zabrakło… czegoś tam. Jednak każda z tych osób na pewno ma swoją historię, myślę, że bogatą i to nie tylko we flaszki albo inne używki. Na upadek jednej osoby przecież rzadko składa się samo jej niedostateczne staranie. Najczęściej jej los pieczętuje suma niekorzystnych dla jej rozwoju wypadków. Dom rodzinny, przyjaciele, nauczyciele i inne jednostki z otoczenia mogły je kształtować i budować ich poczucie przynależności do społeczeństwa. Może zaciekle walczyli, może nieudolnie, a może nikt im nie wpoił do głowy pojęcia walki o swój byt.

 

Jeden pan z zewnątrz, taki normalny, przeciętny gość, przywoływał ich do porządku. Tłumaczył, od której strony mają podchodzić, i że dla wszystkich wystarczy jedzenia więc nie trzeba się pchać.

 

Nie żebym ich broniła, nie żebym osądzała, ale żeby sobie to jakoś ułożyć w głowie… bo dlaczego oni nie szukają stabilizacji, czystego domu, dobrego posiłku, ciepła i spokoju? Uparcie nie dążą do czegokolwiek co zapewniłoby im choćby minimum egzystencji. Czy aż tyle nabroili, że muszą się kryć po kanałach, lasach, opuszczonych budynkach?

 Oczywiście, do tej jakże uroczystej, przedświątecznej obsługi gości z „nizin” pojawił się cały sztab ludzi dobrej woli z władzami kościelnymi i świeckimi miasta na czele. Zupa szybko wybywała z garnka, pieczywo znikało w oka mgnieniu, nawet kawa cieszyła się sporym zainteresowaniem. Nie… ciasta nie było. Ale były przyniesione przez ubogich słoiki do pakowania na wynos, jakieś kubeczki po litrowych serkach czy ogórkach. Zupa schodziła szybko.

blog166.1

 

Niektórzy z „ubogich” zachowywali się jak dzieci, byli zbyt ufni, szukali pokazania się, wręcz zwracający na siebie uwagę. Inni chowali się za kapturem, szybko odwracali i uchodzili gdzieś na bok, pokazując plecy wszystkim „gapiom” i tam dopiero w samotności machali jednorazowymi, plastikowymi łyżkami w jednorazowym, plastikowym talerzu.

 

Myślałam, że trzymają się razem. Na wzór grupy ludzi o podobnych problemach i potrzebach. Jednak nie jest tak. Oni nie są dla siebie grupą wsparcia. Jeden pchał się przez drugiego, bez kultury, od drugiej strony kolejki, byle było szybciej. Po tym jak zjadł, stawał drugi raz po posiłek i trzeci jak się udało. Jak kiedyś za czasów komunistycznego mojego dzieciństwa stawało się w kolejce po kawę, a potem drugi i następny raz, dopóki była, dopóki sprzedawali i nic to, że dziecko kawy nawet nie pijało.

To nie dziwne, acz tylko skrzypienie we mnie pozostało po obejrzeniu takiego pokazu dobroczynności, bo co tym ludziom da miseczka zupy, bułka i kawa jeden raz do roku, kiedy wiedzą, że to wszystko jest po to, żeby ktoś tam jaśniał w świetle reflektorów? Co im po tych modlitwach smutnych, którymi nakarmiono ich?

blog166.2

Czy to dało im jakiś bodziec do zmian? Czy obecne tam emerytki, po jednej misce zupy wyprostują się i jutro z rana uśmiechną, na każdą chwilę kolejnego dnia?

blog166.3 

No nie wiem, zważywszy na to, że tam w oddali a jednak tak blisko, bo na co dzień widzą, że dla innych stoi wielka karuzela, a pięć rzutów poduszeczką do puszek kosztuje piętnaście złotych, które wydaje ktoś w celu zdobycia dla ukochanej pluszaka, grzane wino to kolejne dwanaście złotych, plus inne atrakcje… jednak kogoś na to stać, a tu… miska zupy, bułka i kawa.

SKALNIK 13/28

Uparłam się na zdobycie Skalnika, po tym jak zobaczyłam zdjęcia Małej Ostrej. Sam szczyt Skalnika nie zapowiadał się imponująco. Raptem tabliczka na drzewie, wewnątrz lasu. To nie obiecywało widoków zapierających dech w piersiach. Znalazłam do zapragnięcia coś z boku, coś po drodze, coś na szlaku, coś pięknego i innego.

 

Skalnik jest najwyższym szczytem Rudaw Janowickich, ma 945 m. n. p. m. Położone w Sudetach Zachodnich Rudawy Janowickie zajmują obszar około 90 metrów kwadratowych.

Zdobywanie Skalnika rozpoczęliśmy z miejscowości Czarnów.

 

Pogoda była kiepska, wycieraczki pracowały na wysokich obrotach, a droga do celu była wąska, wręcz jedno-samochodowa. Wśród błota, niemalże na jedynce podjeżdżaliśmy po niej do celu jakim była Agroturystyka „Czartak”. Po drodze przeżywając chwilę grozy, bowiem w pewnej chwili okazało się, że z przeciwka, tą samą drogą co my porusza się inny pojazd. Górka, strome boki, błoto, my i ten ktoś. Na szczęście mijający nas pojazd był bardziej terenowy niż nasz. Wziął nas lewym bokiem, przechylony pod kątem jakiś 40 stopni. Tak wnioskuję na oko, bo kątomierza nie przykładałam. Nie wyglądało to najlepiej no ale… taki mieliśmy początek przygody.

Jeszcze zanim dojechaliśmy do Agroturystyki „Czartak” zdążyliśmy kilka razy zwątpić w prawidłowość obranej drogi i zajść pod niewłaściwy adres. Po dotarciu okazało się, że parking jest tylko i wyłącznie dla gości tejże Agroturystyki i musimy zaparkować wyżej. A wyżej był parking na kilka samochodów (trzy albo cztery) i droga w tylko jednym kierunku. Nic nie widziałam w lusterkach i bałam się jak nigdy, bo dojechałam do barierek i w tym deszczu, przy minimalnej widoczności ciężko mi było cofać. Jednak dzieci mi pomogły i udało się w ścisku zaparkować na jedynym z wolnych miejsc.

Wysiadłam z samochodu szybciej niż kiedykolwiek. Tak mnie cały ten podjazd do parkingu wytrącił z równowagi, że nogi mi się trzęsły. Odechciało mi się wyprawy, tylko… skoro tak wysoko zajechałam, bez sensu byłoby się poddać.

 

Wyruszyliśmy na szlak.

blog165.1

Za barierką zaczynał się szlak zielony i niebieski. Prowadziły nas przez zamglony z lekka, mokry z grubsza i średnio zimny las. Pomału wracałam do sił psychicznych po przygodzie z samochodem. Las niesamowicie leczy, uspokaja i wycisza. Dopóki się nie napije wilgoci także doskonale chroni przed opadami.

Maj w górach to jeszcze nie lato. Na równinie dawno temu zrzuciliśmy kurtki zimowe, a tu gdzieniegdzie leżał jeszcze śnieg. Tylko czy śniegiem można nazwać to błoto śniegowe?

blog165.2

Niemniej jednak dzieciaki miały z niego wielki ubaw, zresztą pies też nie narzekał łapiąc w pysk kulki śniegowego błota rzucane mu. Tylko rękawiczek było szkoda, bo szybko przemokły, co zwiastowało, że dłonie chłopakom przemarzną.

blog165.3

Na szlaku w sumie było w miarę, trochę nas tylko zmyliły oznaczenia w jednym konkretnym miejscu. Straciliśmy czas, na odnalezienie właściwej drogi, chodząc raz w prawo, raz w lewo. Mapa na nic się zdała.

Koniec końców okazało się, że szlak prowadził najpierw przez wnętrze lasu, potem, w tym właśnie niepewnym miejscu należało iść drogą w lewo, i dalej drogą pod górkę. blog165.4

Po jakiś czterdziestu minutach dotarliśmy do miejsca w którym pojawia się szlakowskaz i kamień ku czci.

blog165.5

Tu odbiliśmy na „Małą Ostrą”, niebieskim szlakiem, i dotarliśmy do niej po jakiś pięciu minutach marszu.

blog165.6

Cóż, widoków nie było. Wszędzie tylko mgła, gęsta jak śmietana. Przenikliwe zimno, które nas dopadło na nieosłoniętym wypiętrzeniu, kazało nam czym prędzej zejść i udać się na Skalnik. Wróciliśmy więc na rozdroże no i posłusznie poszliśmy dalej zielono-niebieską ścieżką przez las.

blog165.7

Godzinę i dziesięć minut zajęło nam przejście od nieszczęsnego parkingu do Skalnika. Nie spieszyliśmy się zbytnio. Na szczycie czekała na nas tabliczka z oznaczeniem miejsca i dużo pięknych, starych drzew iglastych.

blog165.8

 

Wędrówka, którą odbyliśmy tego majowego dnia zakończyła się sukcesem. W Agroturystyce „Czartak” wbito nam pieczątki do książeczki. Tak obdarowani pomknęliśmy na zasłużony posiłek. Na szczęście w drodze powrotnej nikt nam nie potowarzyszył z naprzeciwka, w wąskich, drogowych progach Czarnowa. „Mała Ostra” nie dała się poznać z widokowej strony, ale i tak satysfakcja ze zdobycia góry była wielka, zwłaszcza z zajechania pod „Czartak”

CZARNO-BIAŁO

W pochmurny trzecio-październikowy dzień, wieczór nawet wczesny, albo jakby to inaczej ująć? „U schyłku dnia” wybrałam się w charakterze osoby nie zainteresowanej, a raczej obserwującej, na poznański plac Wolności, gdzie odbywały się dwa protesty: czarny protest i protest przeciwko aborcji. Uczestnicy wydarzenia rozgościli się po dwóch stronach placu.

 

Ja ze swoimi wyśrodkowanymi poglądami nie pasowałam ani do strony z czarnymi balonikami, ani do strony z białymi balonikami. Dla mnie powinien zostać stworzony balonik szary. Mogłabym sobie nim pomachać stojąc pomiędzy protestami. Tylko po co? Szaremu nigdy, nigdzie nie jest dobrze. Tak więc stałabym tam jak nie pasujące ogniwo, pas zieleni czy droga asfaltowa w środku lasu. Starałam się więc przemknąć przez kilka minut bez zatrzymywania się na przemyślenia. Ale kiedy wróciłam do domu i obejrzałam materiały z tego „wydarzenia”, nie bardzo mi się chciało tak z marszu powrócić do rzeczywistości.

 

Choć właściwie to mogłabym dziś zapomnieć o tych protestach. Usiąść sobie z wirtualnym, szarym balonikiem koło kominka. Zaparzyć gorącą kawę i odprężyć się. Jednak chodzą mi po głowie uczestnicy, a chodzą w bardzo pokraczny sposób. A ja chcę ich z głowy wyrzucić, bo mi się goszczą niesłychanie. I objadają mnie ze spokoju.

 

Na placu po jednej stronie stali przeciwnicy aborcji. Mieli białe baloniki i byli to ludzie, w przeważającej większości z zarostem na twarzy. Tak to z grubsza można określić. Wyszli, stanęli sobie na schodach z nie znanymi mi flagami. Nie widziałam żeby ktoś trzymał mikrofon w dłoni, chyba z taśmy odtwarzano nagrany głos kobiecy. Coś tam mówiła o tym, że zabija się głównie dziewczynki i że kobiety są mądre, a reszty nie pamiętam. Śpiewali pieśni religijne, a nawet odmawiali modlitwę. Zapis głosu odtwarzany był w kółko.

 

Po drugiej stronie stali uczestnicy czarnego protestu. Mieli czarne flagi, czarne baloniki i czarne stroje. Towarzystwo było mieszane. Zbierali podpisy pod jakąś sprawę, śpiewali bardzo dziwną piosenkę, a do mikrofonu mówili obecni ciałem ludzie. Ta grupa była zdecydowanie liczniejsza od stojących naprzeciw.

 

I jedni i drudzy słabo to rozegrali. Pierwsi byli sztywni, mało atrakcyjni w tym co zrobili i uwagi nie przyciągali. Drudzy, pełni sprzeczności -  szukali lekarzy bez sumienia (???) i posiłkowali się transparentami typu „pedały z kobietami”.

Czułam się jak w cyrku, gdzie każdy z występujących chce sprzedać jakąś swoją przypadłość. A do tego robi za przedstawiciela większej grupy. Ten reprezentuje środowisko takie a ów inne.

 

 

Na szczęście nigdy nie stanęłam przed koniecznością podjęcia decyzji, odnośnie urodzenia dziecka. Dla mnie było to takie oczywiste, że urodzę. Było mi nieraz ciężko, bo nigdy nam się nie przelewało, ani mi ani moim dzieciom. Jednak mam dzieci zdrowe i pochodzące od jednego i tego samego rodzica drugiego. Co bym zrobiła będąc na miejscu kogoś, kto gorzej trafił? Nie wiem. Nie chcę o tym myśleć.

Najlepiej byłoby gdyby wypowiadały się w temacie osoby, które mają w tej kwestii jakieś doświadczenie. Nie, że każdy zapobiegawczo pokazuje wszem i wobec swoje zdanie, nie będąc nigdy w sytuacji o której się wypowiada.

Przechodząc Plac Wolności, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że dużo z przybyłych osób po prostu chciało się pokazać. Zaistnieć sposobem. Jakimkolwiek sposobem. Żądając lekarza bez sumienia, albo każąc komuś urodzić dziecko niezdolne do samodzielnego funkcjonowania tylko zrazili mnie do siebie. W tym „spotkaniu skrajności”, zabrakło dla mnie pasa zieleni. Czym prędzej poszłam więc w swoją stronę, pod nosem życząc wszystkim uczestnikom zdrowych i chcianych dzieci.

TO COŚ

No tak. Nie, nie mam pojęcia o kanonach postępowania. Z której strony powinnam się ustawić, by było najlepiej dla kogoś tam, albo wedle kogoś tam. Do niedawna nie miałam nawet pojęcia o tak prostych sprawach jak złota godzina, miejsca bardziej przyciągające wzrok, makra, statywy i tak dalej, dalej, dalej…

Za dużo razy próbowałam różnych szkół, żeby znów ryzykować i pchać się w naukę jakiejś „wiedzy tajemnej” opłaconej komuś sowicie. Cóż, nauka nie zda się na wiele, jeśli nie ma odpowiednich ku zaistnieniu jej owoców układów. Nie chodzi tylko o znajomości, ale także przygotowanie życiowe, szereg doświadczeń, stabilność finansową, wiek, płeć, a nawet miejsce zamieszkania. Wszystko musi mieć odpowiednie miejsce i czas.

Zostałam samoukiem. Tu coś przeczytam, tam coś podpatrzę. Nic nie tracę prócz czasu. A czas… a właściwie to jego upływ, coraz mniej mi przeszkadza. Coraz bardziej się cieszę z tego, że pomału staję się ”wiekowa”. Mój podróżny worek przewieszony przez ramię z każdym dniem ma więcej skarbów, małych i dużych tajemnic, twarzy napotkanych ludzi, ich charakterów i sposobu bycia. Idę przez swoją wieś i idę. Coraz częściej przemykam niezauważona. Tu coś pstryknę, tam pstryknę, byle szybko, byle ciszej.

Można napstrykać tysiące zdjęć, a żadne nie będzie warte funta kłaków. To już zrozumiałam. Ze wszystkich, które zrobiłam zaledwie mała część jest mi naprawdę piękna. Także te zdjęcia, które widzę u innych rzadko rzucają na kolana, przynajmniej mnie. Zwykle są ładne i wykonane starannie. I nie wiem już, i nie chcę wiedzieć, gdzie przy ich ocenie przez innych zaczyna się, a gdzie kończy klaka. To mało istotne.

 

Obraz…

Obrazowi trudniej jest niż słowu. Obraz jest płaski, krótki w odbiorze, krótki w pozostaniu w pamięci. Szybko się nudzi, bo wszystko ma „na wierzchu”, jednocześnie jest niezwykle silny, bo wchodzi przez oczy. A jakie obrazy w nas pozostają?

 

Każdy z nas ma takie obrazy w albumach. Ważne chwile. Nie są to idealne zdjęcia. Często są prześwietlone, niedoświetlone, ruszone albo całkiem pomięte, pożółkłe. Najcenniejsze zdjęcia, to te, które „miały być zrobione”. Nie mają w sobie tej perfekcji, jaką można sobie dziś dokupić gratis do każdego ujęcia. Nie mają naniesionych poprawek, a są takie jakie mają być. One po prostu „miały być zrobione”, a kiedyś, jeśli ich czas minie, to odejdą.

 

Ostatnio zrobiłam pewne zdjęcie z samochodu, Stałam na czerwonym świetle. Zanim wyciągnęłam z torebki aparat i otworzyłam okno żeby zrobić swój pstryk, minęło trochę czasu. Szlak by to… zapomniałam o baterii. Zdechła całkiem. I tylko czerwony napis straszył, żebym wymieniła baterię. Wtedy pomyślałam sobie „jak to zdjęcie ma być zrobione, to będzie zrobione”. Znów zanurkowałam w torebce po baterię. Wyciągnęłam zużytą, załadowałam nową i zrobiłam co miałam zrobić, trzy razy to zrobiłam. Zapaliło się zielone światło sygnalizacji. Odjechałam płynnie. Ze zdjęcia zrobiłam użytek, który okazał się komuś potrzebny, większej ilości ludzi.

 

To są te zdjęcia… zdjęcia, które miały zostać zrobione. Ich wartość generują uczucia, które wywołują. Setki, tysiące, miliony bodźców docierają do nas każdego dnia, a tylko nieliczne zatrzymują nas. Utożsamiamy się z nimi, mamy na nie jakiś, nam tylko znany kod i dlatego tak mocno przyciągają i potrafią w nas utkwić. To są właśnie zdjęcia ważne.

Z RAJU DO… MIASTA

Próbuję się pozbierać ech, ale co to za marne próby. Cały mój umysł jest owładnięty chęcią powrotu. Czuję się jakbym znalazła coś, co utraciłam dawno, dawno temu. I jakbym znowu to straciła. Tylko, że powolutku zaczynam rozumieć co to takiego.

 

Nie powiem, że nie, bo fajny jest pęd. Fajnie jest żyć bez trzymanki. Biec na czerwonym świetle, wpadać na umówione miejsce o godzinie zero, planować dzień co do minuty i kłaść się spać tak wypraną z energii, że nawet o jakiejś kontynuacji dnia przez noc nie sposób pomyśleć. Jest w tym jakaś metoda. Ostatnie kilka hmm… miesięcy takie właśnie miałam. Na wariackich papierach. Ciągle mi zostawało coś do zrobienia, a ile bym nie miała na głowie, to sama sobie dokładałam coś jeszcze, wierząc, że i to udźwignę. Chyba przesadziłam. A po czym wnioskuję, że przesadziłam. Po obniżonej odporności mojego organizmu. Śniadanie – kanapki, w pracy – kanapki, potem jakaś kolacja, wiadomo też kanapki. Ekstra było jeśli znalazłam czas na pobieganie. A i z tym bieganiem nieraz wypadało grubo po dwudziestej pierwszej, co mnie strasznie drażniło, bo wtedy ulice są już puste, a oświetlenie to raz włączają a raz nie. Potem chodzą po ulicach takie różnorakie typy pytając o drogę. W domu wszystko szybko, w pracy ciągły hałas, w radiu reklamy i te piosenki z nie wiem jakich dolin powyrywane.

Jak ten swój tryb życia podsumowałam to wyszedł mi bilans poniżej zera. Zaczęłam się zastanawiać, co jest nie tak? I z tą myślą wyjechałam na urlop.

 

Trzech dni potrzebowałam, żeby odnaleźć spokój. W śpiewie ptaków o piątej nad ranem, w rosie i mgle. Cywilizacja do której jestem przyzwyczajona nagle stała mi się bardzo obca. Internet i jego słaby zasięg, telewizja, radio, były nieatrakcyjne. Nie odbierałam telefonów, od tych wszystkich oszustów upierających się ze swoimi badaniami, kij wie czego, albo pokazami, kij wie czego. Nie byłam zmuszana do wysłuchiwania reklam, wiadomości, ani nie robiłam nic żeby sprostać oczekiwaniom kogokolwiek… i dobrze mi z tym było. Oj jak dobrze.

Doszłam do wniosku, że od jakiegoś czasu jak ten osioł biegnę za marchewką którą mi ktoś przed czubkiem nosa przywiązał. I tak jej nie dogonię, więc po co biegnę? Równie dobrze mogę się położyć na łące i oglądać drzewa, albo kurę wyprowadzającą na spacer swoje kurczęta, albo krowy pasące się czy to deszcz, czy to słońce. Taki sam z tego będzie efekt. A jakie to uspokajające. Suną obłoki po niebie, a ja w końcu mam czas dla siebie.

 

Słyszałam o tym, że ludzie zakochują się w Bieszczadach albo nabawiają się nienawiści do nich. Ja zdecydowanie trafiłam do pierwszej grupy. Pojechałam tam na trzy dni, na próbę. To były trzy zbyt krótkie dni. Kiedy wieczorem gasiłam światło w pokoju żadna latarnia nie śmiała mi świecić w okno, żadna syrena, ani samolot, ani śmieciarka czy głośna sąsiadka nie budziły mnie z rana. A góry? Są wymagające, lecz niezwykle piękne. Przy Tarnicy nie ma żadnego schroniska, budki z piwem albo innego budynku. Kto sobie co weźmie na tę długą drogę i doniesie na szczyt, to skonsumuje. Nic za darmo, żadnego cwaniactwa.

 

W Bieszczadach poczułam się trochę jak na końcu świata. Żadne inne góry mnie tak nie zachwyciły. Dlatego tak trudny jest powrót do rzeczywistości. Tu znowu z każdej strony coś wyje, krzyczy, śmierdzi i namawia do zjedzenia, albo zakupienia czegoś. Człowiek za człowiekiem w ponurym pochodzie idzie przed siebie zapatrzony w ekran telefonu komórkowego. Przejechał kolejny autobus i zdarzył się kolejny wypadek, ruch wahadłowy, ten coś ukradł, tamten kogoś zabił. A we mnie tyle jest jeszcze z tamtych trzech dni. Nie wiem, naprawdę nie wiem. Co ja tu będę robiła przez cały rok? Jak tu żyć, żeby nie straci tego co tak pielęgnuję każdej godziny od wyjazdu? Cały rok, cała jego okrągła mość.

 blog162

 

 

...z mgły cię powycinam
niewyraźne będą twoje brzegi
ale zanim dzień nadejdzie
zachwycę się tym dziełem…

 

 

Moja mała, zagubiona ostatnio skłonność do ukochania tego co nieuchwytne, niemożliwe do dotknięcia, albo wręcz nieistniejące poza granicami wyobraźni, tam mi się na powrót odnalazła. I ta cisza… I ta pewność, że jutro, wczoraj i dziś mogą się spotykać.

WYSOKA KOPA 12/28

Góry Izerskie i ich najwyższa przedstawicielka – Wysoka Kopa mierząca 1126 m n p m. zawołała mnie jesienią 2016 roku. Już od pewnego czasu czaiłam się na jesienny wyjazd w góry. Chciałam zobaczyć te czerwone, żółte, zielone i brązowe kolory pokazujące się piętrowo. Chciałam zobaczyć jak to jest, kiedy jedzie się wąską drogą, aleją z drzew i kiedy  liście opadają ścianą na asfalt, a słońce przygrzewa tak mocno, że z całej tej mieszanki można zobaczyć wszystkie odcienie koloru złotego okręcające się w tańcu jaki im pani jesień wiatrem zagra. I zabrałam sobie tę przyjemność, tak zabrałam sobie wreszcie taki wyjazd, a raczej wywalczyłam go sobie w pracy.
 
Na samą myśl o Wysokiej Kopie uśmiecham się lekko, bo wraz z synami naszukałam się jej ze wszystkich gór najbardziej, a i atrakcje bonusowe wzdłuż drogi na szczyt dała nam oryginalne.

Gdzieś wyczytałam, że każdy kto idzie na Wysoką Kopę powinien ze sobą przynieś kamień, żeby go dołożyć do spoczywających już na szczycie. Nie bardzo wiem czemu to miałoby służyć, ale dla zachowania tradycji wyruszając ze Szklarskiej Poręby, każdy z naszej czwórki zabrał ze sobą symboliczny kamień. No dobra, na początku byli i tacy co chcieli nieść dwa wielkie kamienie, ale szybko zrezygnowali, tym bardziej, że trochę czasu zeszło nam na dojście do szczytu.

Ze Szklarskiej Poręby wyruszyliśmy czerwonym Głównym Szlakiem Sudeckim w kierunku schroniska znajdującego się na Wysokim Kamieniu. Zewsząd otaczał nas jesienny klimat. Pożółkłe liście gdzieniegdzie jeszcze wisiały na drzewach, pod stopami zaś przydeptywaliśmy całe dywany przesuszonych ciemnobrązowych liści, które pospadały na ziemię nie wiadomo kiedy i nie wiadomo z czego, bo zielonych liści na drzewach też nie brakowało. Lato było już w odwrocie, zimy jeszcze nie było widać. Innymi słowy zobaczyliśmy jak jesień oczyszczała teren po lecie…
blog161.1
Na szlaku oprócz ludzi, zwierzą i liści mignęła nam dziwna drewniana budowla.
blog161.2
I mniej więcej od tego miejsca, szlak stał się taki szeroki, że spokojnie mógłby tamtędy przejechać samochód. Pieszych często mijali rowerzyści, a było na to dużo miejsca, tak, że mijanie nie stanowiło żadnego problemu.
blog161.3Po jakieś godzince wędrowania dotarliśmy na Wysoki Kamień.
blog161.4
Tu, w schronisku zjedliśmy po kawałku ciasta. Zdecydowanie, było to najgorzej zaopatrzone w pożywienie schronisko w jakim dotychczas byłam. Było drogo i nic pożywnego nie dało się kupić. A do tego mieli awarię toalet. Przyszło nam więc poszukiwać dobrze rozrośniętych szeroko rzecz ujmując choinek, oczywiście blisko szlaku.
No i tak jak podejrzewałam na Wysokim Kamieniu zaczęły się „schody”. Każdy kto choć trochę zainteresował się Wysoką Kopą wie, że jest to szczyt leżący poza szlakami. Nie ma do niego żadnych kierunkowskazów.
Póki co, zgodnie z tym czego dowiedziałam się w schronisku mieliśmy się poruszać czerwonym szlakiem. Jednak szlak ten nie przypominał już tego, którym wchodziliśmy do Wysokiego Kamienia. Zwężył się znacznie i co rusz pojawiały się rozwidlenia…   
blog161.5… było i rozdroże.
blog161.6Wiedziałam, że nasza trasa prowadzi w kierunku zwaliska, poszliśmy więc trój-kolorowym szlakiem. Po pewnym czasie dotarliśmy do tajemniczego miejsca.
blog161.7Zainteresowało mnie to miejsce, więc poszukałam informacji o nim (szkoda, że dopiero po wycieczce). Otóż jest to kopalnia kwarcu „Stanisław”. Leży  na wschodnim zboczu Izerskich Garbów między masywem Zielonej Kopy po zachodniej stronie, a Zwaliskiem po wschodniej stronie.
Kopalnia „Stanisław” to najwyżej położony kamieniołom w Polsce. Przedmiotem eksploatacji była tu do niedawna niezwykle okazała żyła kwarcu, mająca kilkadziesiąt metrów grubości i kilka kilometrów długości (http://www.polskaniezwyklapl/web/place/6566,szklarska-poreba-kopalnia-kwarcu-stanislaw.html 9.07.2017).
blog161.8
Trudno określić czy kopalnia jest czynna. Ktoś postawił tabliczki. Nie wolno przechodzić, a jacyś ludzie cały czas przemierzali jej kamieniste rejony.

Postanowiliśmy obejść niepewny teren. Skręciliśmy w lewą stronę w las i kawałek przeszliśmy. Po wyjściu z lasu okazało się, że nadal idziemy szlakiem trzech kolorów, tylko nie wiadomo było czy powinniśmy skręcić w prawo, czy w lewo, bo w obie strony był ten sam kolor szlaków.
Zaczęliśmy krążyć. Wracać się i znów iść do przodu.
Pytaliśmy ludzi o „Wysoką Kopę” A odpowiedzi były różne:
- Nie wiem, nie słyszałem.
- Tu wszędzie jest „Wysoka Kopa”.
- Tu jest tylko „Wysoki Kamień”.
Takie odpowiedzi uzyskiwałam od tych ludzi, którzy mówili po polsku. W większości jednak okazało się, że pytamy obcokrajowców: Niemców, Czechów, Słowaków.. Nikt nie potrafił nam pomóc.
Jeden z rodaków zapytanych o drogę powiedział nawet:
- Pani, ja sam się zgubiłem.
Z tym tylko, że my się nie zgubiliśmy, my szukaliśmy miejsca, które według GPS-a miało być bardzo blisko.
Kamienne ruiny nie nastrajały mnie pozytywnie tym bardziej, że chodzili po nich dziwni ludzie. Nie wyglądali na poszukiwaczy, bardziej na kombinatorów. W oddali stały jakieś porujnowane budynki z wybitymi szybami, także coś na wzór nadajnika, a jakiś pan z ludzkich nizin o przegranym spojrzeniu pakował śmieci do torby, jakieś puszki czy coś takiego. Do tego wszystkiego zaczynało padać. Trochę się zaniepokoiłam, bo nagle zabrakło już nawet górskich łazików, pomału dawałam za wygraną. Zrobiło się zimno i nieprzyjemnie. Przeszliśmy już wszystkie odgałęzienia dróg i nic.
Aż tu po przeszło dwóch godzinach łażenia w kółko spotkaliśmy kolejnych góro-maniaków i… oni wiedzieli czego my szukamy.
Nie mogłam uwierzyć, że nareszcie ktoś rozumie naszą potrzebę i do tego mówi po polsku. Owi ludzie bardzo dokładnie wytłumaczyli nam jak mamy iść, żeby znaleźć czego szukamy. Okazało się, że GPS też nam pomoże. Tyle, że w końcowej fazie, bo nie zainstalowałam sobie aplikacji ze szlakami.

A oto przepis na sukces.
Po obejściu kamieniołomu, wychodząc z lasu trzeba się kierować w prawą stronę. Potem iść w lewo, w stronę asfaltowej drogi, ale zanim się do niej dotrze po prawej stronie jest dróżka w górę między sosnami,  i to w nią skręcamy.
blog161.9Na szczycie tej dróżki jest rozwidlenie.
blog161.10Idąc w prawo zajdziemy do kopalni i tego mrocznego miejsca z powybijanymi szybami okiennymi. Lewa strona to droga do Wysokiej Kopy.
Droga w lewo jest bardzo szeroka, a idąc nią dotrzemy na miejsce, które wynagradza nam cały trud wędrówki i to jeszcze przed punktem docelowym. To bajeczne miejsce. Zwą je „Biały Diabelski Kanion”
blog161.11Jak już nasycimy oczy jego widokiem powinniśmy iść dalej szeroką drogą, aż do wiaty.
blog161.12Za wiatą jest nasza ścieżka. W tym miejscu musimy zejść ze szlaku. Ścieżka nie jest zbyt mocno wydeptana. Biegnie obok tego czegoś wbitego w ziemię i nie opisanego w żaden sposób. Może kiedyś była na nim jakaś informacja. Dziś pozostał sterczący, drewniany zalążek szlako-wskazu.
Stąd jest już tylko kilka minut drogi do szczytu. Dobrze jest teraz skorzystać z GPS-a. Myli się co prawda o kilkaset metrów, ale doprowadza blisko miejsca szczytowego. Mój telefon oszukał bodajże o trzysta metrów.

Szczęśliwie dotarliśmy do upragnionej choinki z żółtą tabliczką „Wysoka Kopa”.  Dołożyliśmy do sterty już leżących, nasze kamienie ze Szklarskiej Poręby, i szczęśliwi udaliśmy się w drogę powrotną.

Niestety schronisko na Wysokim Kamieniu było zamknięte szybciej wynikało z informacji na drzwiach, więc pieczątki mamy ze Szklarskiej Poręby.

Cóż napisać na zakończenie? Powodzenia! Wszystkim którzy pójdą tam po nas… ale przede wszystkim wspaniałych i pomocnych współtowarzyszy na szlakach.

KOTLET Z SOSEM

-Tato! Spadło mi.

Kolejka. Człowiek za człowiekiem. A ja naprzeciw tej kolejki. Obserwuję. Zresztą nic innego nie mam do roboty poza przeżuwaniem. Trafił mi się przesolony kalafior i za grube frytki. Ale wszystko mogę popić przychylającym mi nieba koktajlem. Truskawki i truskawki i jakiś nabiał. Matko jakie to dobre. Za ten napój wybaczam im i za grube frytki, i przesolonego kalafiora.

blog160
Siedzę, a ci ludzie jak jedna wielka masa przesuwają się poprzez różne pojemniki z jedzeniem: ziemniaki, frytki, surówki w dziesięciu smakach, cztery sosy, trzy napoje i jakieś mięsa. Przechodzą, zmieniające się barwy koszulek i wzrost. Jakbym widziała obrazki z książek od fizyki, albo bańki mydlane na wietrze. Jeden duży, drugi mały. Jeden bardziej różowy, drugi jakiś zielony.

-Jak ci spadło?! Co to znaczy, że spadło!?- Tata chudego chłopczyka podniósł głos. Oj bardzo go podniósł.

Nagle wszystkie oczy zwróciły się w stronę chłopczyka w czerwonej koszulce, bardzo szczupłego chłopczyka, i jego taty. Taty, no jakby na niego nie spojrzeć należącego do tych, co noszą ciuchy w rozmiarze XXL. Ciekawie się ubrali – przez głowę przemknęła mi myśl średnio pasująca do sytuacji. Młody człowiek: czerwona koszulka i czarne spodenki, a jego starszy opiekun: czerwone spodenki i czarna koszulka. I ciekawie ich tusza się rozłożyła Flip i Flap. Jest czarne i czerwone, małe i duże, młode i stare, ciche i krzykliwe, niskie i wysokie. Dwie odwrotności ale…

Pojawiła się emocja. Spadła. Taca z jedzeniem wybranym przez syna spadła na podłogę. Nieopłacone pożywienie leżało teraz w bałaganie, a obok stał syn owego taty: skruszony, zestresowany, z opadniętą do przodu głową, spojrzeniem wbitym we własne obuwie. Widać było, że czeka reakcji taty.

Widelce jedzących zawisły w połowie drogi, gdzieś między stołem a otworem gębowym. Na wysokości szyi. Niektórzy siedzący tyłem do sytuacji obracali się chcąc zobaczyć co to się wydarzyło, skąd ten raban? Zastanawia mnie, czy w obserwatorach pojawiły się emocje? Mogę tylko ze swojej perspektywy określić, że nie, nie pojawiły się u mnie emocje. Poczułam się jak widz na przedstawieniu. Patrzałam ale wewnętrznie nie reagowałam, zewnętrznie też nie, nie poruszyłam nawet powieką. Wszak to nie mój problem, nie moja sprawa. I sądzę, że reszta mimowolnych gapiów podobnie zareagowała. Zatrzymali się, by popatrzeć. Na chwilę, na sprawdzenie czy może coś będą musieli zrobić. Póki co, nie robili jednak nic, poza zatrzymaniem się

Emocje mają to do siebie, że są chwilowe. Trwają tyle, ile potrzebuje mózg na ich wpasowanie w odpowiednią szufladkę. Gorzej jeśli mózg pracuje zbyt wolno i informacja dociera za późno. Wtedy ten krzyk rozemocjonowanego trwa, i trwa, i może się nawet przerodzić w coś bardzo nagannego.

Zakłócony został porządek, masa ludzi już nie poruszała się płynnie. Zielony i czerwony upchnięte koło niebieskiego zerkały na żółtą spódniczkę w kwiatki, a ta zawiesiła się nie mogąc dalej przejść. Jeden człowiek krzyczał, drugi stał jak słup, a kasjerka wołała kogoś do posprzątania. Na szczęście nikt nie został ubrudzony resztkami spadającego sosu.

-Jak to spadło! Jak mogło spaść?!
-Przez przypadek.

Wtedy przyszła mi do głowy dojrzalsza myśl. Przecież ten młody człowiek zapamięta tą wywróconą tacę do końca życia. Będzie sobie przypominał ją za każdym razem kiedy przejdzie obok tej knajpy. Będzie ją pamiętał jako nastolatek, przyciskając mocno do podstawy lady inną, czerwoną lub białą tacę i będzie się starał nigdy więcej tak się nie czuć. Opuściłam głowę na swojego przesolonego kalafiora. Jakie to straszne być takim gapiem. Z plastikowym widelcem w ręku, w bezpiecznej odległości od zdarzeń każdemu łatwo jest patrzeć, łatwo oceniać i łatwo czekać na dalszy bieg zdarzeń.

-No trudno, stało się – tata zniżył głos – wracamy na koniec kolejki.

Emocja opadła. Tata zdążył się opanować, zdążył wyciszyć głos i zdążył pomyśleć „co dalej zrobić”, zanim emocja urosła. Duży pan i jego mały kontynuator genów powędrowali na koniec kolejki. Gdzieś za zieloną, a przed czarną koszulką rozpoczęli „kolejny atak na kotleta”. Pani sprzątająca biegała z miotłą i szufelką.

Wszystko wróciło do normy. Masa ludzi dalej poruszała się. Przybyły jednostki nowe, część obserwatorów zjawiska skończyła posiłek i wyszła. Czarno-czerwoni w spokoju jedli kotleta.
Emocje opadły.

Jedni ludzie są bardziej, inni mniej emocjonalni. Na tych z brakiem emocji mówi się, że są zimni i nieczuli, a ci z ich nadmiarem są uważani za niebezpiecznych i nieprzewidywalnych. A emocje są przecież i dobre, i złe. Nie wszystkie warto tłumic i nie każdą emocję warto rozwijać. Ja ciągle uczę się przeciągać dobre a skracać złe emocje. Tak, uczę się, bo jest sztuką umieć coś, czego nikt poza nami samymi nie jest w stanie nas nauczyć.

TU, JESTEM TU

Ostatnio często bywam na różnych „spędach” jak to się zwykło potocznie określać.  Po części robię to z racji tego, czego się podjęłam, a po części z ciekawości. Po prostu znalazłam coś, co każe mi żyć zgodnie z rytmem miasta. I jestem z tego powodu niezwykle zadowolona. Po całych latach, które oddałam dzieciom, nareszcie odwiedzam miejsca tłumne. W innym niż przed laty charakterze, ale zawsze to coś, i przyznam, że świat z takiej perspektywy wygląda całkiem interesująco. Swoją drogą, nigdy nie przypuszczałam, że w tej właśnie roli będę się czuła tak dobrze, tak niesamowicie dobrze…

 

 

Jako, że przemyślenia, to dziś troszeczkę pofilozofuję, ponieważ w związku z zebranymi w ostatnich miesiącach obserwacjami, mój umysł w kółko chce przetwarzać dane z zakresu autopromocji.

 

Kiedy byłam nastolatką internet raczkował. Były połączenia DialUp na impulsy telefoniczne. Do tego niezbędny był niepopularny dziś telefon stacjonarny. Co trzy minuty przeskakiwał impuls i tym samym powiększał się rachunek do zapłaty. Internet był dobrem luksusowym, na które nie każdego było stać. A nawet jeśli miał to szczęście posiadać do niego dostęp, to dozował go sobie oszczędnie, licząc każdą minutę, jak grosze do złotówki wypływającej co impuls z domowego budżetu.

I tak się dziś zastanawiam: jak wtedy żyliśmy? Czy w ogóle żyliśmy? Skoro dziś, kto nie ma kont na portalach społecznościowych uważany jest za człowieka o wątpliwej sile życiowej, wręcz zmarłego. To taki niesmaczny żart powtarzany z ust do ust, ale nie do końca można go puścić bokiem, żeby sobie przeszedł i poszedł nie wracając, bowiem obserwując społeczeństwo, nie mogę się nadziwić temu, z jaką determinacją ludzie dążą do rozbudowy swojego profilu, takiego zwykłego prywatnego profilu z grillowaną kiełbaską, piwem u znajomych, jakimś pokazem samolotów dajmy na to, albo parady pociągów. Czegokolwiek, byleby było. Prawie każdy  pokazuje fotki typu: ja byłem tam albo tu, z tym, tamtym, obok tego siedziałem…

 

Nie jestem wolna od podobnego szaleństwa, o nie. Co dzień odpalam najpopularniejszy z portali społecznościowych, żeby zobaczyć: co u znajomych, co u znajomych – znajomych – czyli jak dla mnie nieznajomych i co nowego w reklamach. Tu ktoś, coś udostępni, żeby coś wygrać, tamten  coś zachwali, zupełnie o tym nie wiedząc, bo podstępnie go przypisano do jakieś pseudo grupy i tak dalej. Jak z tego wszystkiego mam wydobyć istotne informacje, które mogłyby mnie zainteresować?

 

Wracając jednak do tematu. Nie wiem jak sobie to zrobiliśmy? Jak sobie to zrobiło całe społeczeństwo na globie, ale bardzo się uzależniliśmy od własnego obrazu kreowanego poprzez media, w oczach innych ludzi. A wszystko zaczyna się już od zdjęć profilowych. Potem, jeśli ktoś brnie głębiej w czyjąś oś czasu, robi się jeszcze ciekawiej. Nasz wizerunek to zazwyczaj pełny rynsztunek i mniejsza o podobieństwo do oryginału.

 

Idę na przykład na biegi. Lubię fotografować biegaczy, to zwykle uśmiechnięci ludzie, którzy jeśli zapozują do zdjęcia, to zrobią to perfekcyjnie. Nic tylko zbierać te momenty, osadzać je jak perełki na dysku twardym komputera. Fajnie? No pewnie, że fajnie. Większą sztuką są te zdjęcia, których sam model nie zauważył. Takie z ukrycia, z daleka. Tylko jak tu się ukryć? Przecież nie schowam się w zaroślach, żeby złapać ostrość na liście. Zwykle pozostaje ślepy los, bo są sytuacje, kiedy coś nieplanowanego się wydarzy, ktoś zrobi zamieszanie, wszystkie oczy się na nim zawieszą i powstaje ten idealny moment, chwila dla fotografa. Prawdziwe ujęcie… ach marzenia… duże, małe, średnie marzenia, które choć nie często, ale zdarzają się spełniać.

Niestety, szybciej na fotografii trafia się ktoś, kto jeszcze nie wyszedł z roli (biegacza, uczestnika jakiegoś marszu, manifestanta itp.) a już jest myślami, ba… czynami nawet, gdzieś pomiędzy znajomymi w wirtualnym świecie. Sam sobie strzela fotkę z akcji, robioną z długiego kija, żeby pokazać jaki jest zaangażowany w określone coś. On/ona ma swoje zdjęcie. Za minutę, albo pięć pochwali się wszystkim znajomym i nieznajomym z portalu społecznościowego. W myślach odwiedza  panią Halinkę, brata, koleżankę z pracy i tą zołzę z liceum. A co wynosi z imprezy na której tak szeroko się promuje? Czy coś poza tym zdjęciem?

 

Zapyta ktoś: i co w tym złego? Co? Zapyta raz jeszcze – no co złego?

Ano coraz mniej nas jest obecnych tu i teraz, coraz więcej jest umysłem w zupełnie innym miejscu niż ciałem. I pojawia się pytanie: co tak naprawdę nas cieszy? To, że ktoś zobaczy nasz sukces, czy samo osiąganie sukcesu lub osiągnięcie go? To, że jesteśmy na wspaniałym koncercie w drugim rządzie pod sceną, czy to, że znajomi wiedzą, że jesteśmy na koncercie pod samą sceną. To, że jest  nam z czymś dobrze, czy to, że ktoś mógłby pozazdrościć nam owego dobrostanu?

Jakkolwiek nie patrzeć, widać jedno – jest w nas jakiś niedosyt. A dopełnienie często stanowią te zdjęcia własnej postaci wrzucane znajomym na tablicę. One są jak deser, którym się człowiek zapycha na zakończenie posiłku.    

CZUPEL 11/28

Ciężko mi przychodzi napisanie o Czuplu. Dziwnie to brzmi może powinnam napisać Czupelu? Nie wiem, która forma jest poprawna, w każdym bądź razie góra zwie się Czupel. A dlaczego mi ciężko? Bo mnie ta góra nie przekonała do siebie. Zdecydowanie wspominam ją jako najmniej mi przyjazną, przynajmniej jak do tej pory. Tyle, że to moje subiektywne wspominki. Dla innego wędrowca może to być całkiem fajna góra.

 

Czupel – to Beskid Mały. Jego szczyt znajduje się na wysokości 934 m. n. p. m. i jest oczywiście zaliczany do Korony Gór Polski.

 

Czupel nie chciał nam dać się poznać. Wszystkie plany wzięły w łeb, kiedy to w wyliczony na zdobycie tej góry dzień, zastaliśmy już z samego rana deszcz i tylko deszcz. Deszcz na szybie, deszcz na balkonie, deszcz na ulicy. Padało do samego wieczora. Podało… ba, lało wręcz. Potoki wody poruszały się po jezdni. Przesunęliśmy więc termin jej zdobycia na dzień następny.

 

Plan był taki: wyruszymy z miejscowości Czernichów, wejdziemy na szczyt,  zajdziemy do schroniska Magurka i wrócimy tą samą drogą na parking. Nie chcieliśmy z Magurki zdobywać, bo to byłoby zbyt łatwe.  Jednak nasz plan zakładał (niestety) podwójne zdobycie szczytu: w drodze na szczyt i w drodze  ze szczytu. Zakręcone prawda? blog158.1

To jest właśnie Czupel, góra której logiki trochę zabrakło, ale… Albo wchodzi się dwa razy na szczyt, albo idzie się pół godziny od schroniska po najniższej linii oporu. Wersję każdy wybiera sam podług sił, czasu i ambicji.

 

Osobiście w tej górze najbardziej mnie umęczyła jej podwójność. Raz, to, że przez szczyt przechodzi się dwa razy, dwa: są dwa Czuple i trzeba dobrze wybierać, dwa są też Rogacze i dwie przełęcze a co najgorsze są dwie miejscowości Czernichów.

 

Ha, tak właśnie, nabrałam się na ten drugi Czernichów. Wpisałam w mapach google Czernichów i jak blondynka, nie sprawdziłam, przez co zajechałam pod Kraków prawie i niestety musiałam wrócić i pojechać w drugą stronę. Nie żebym coś miała do blondynek. Blondynka to przecież stan umysłu. Moje bląd zamroczenie sprawiło, że zamiast godziny jazdy samochodem z miejscowości w której wypoczywaliśmy, wyszło ich trzy. Godzina pod Kraków, godzina powrót i godzina do Czernichowa właściwego. Nie dosyć, że mieliśmy dzień poślizgu, to jeszcze trzy godziny w plecy. Bardzo musieliśmy się upierać, żeby nie zrezygnować. Już nadzieja na wykonanie założonego planu zaczęła mnie opuszczać. Nie zjedliśmy obiadu, pobłądziliśmy i dopadało nas zmęczenie połączone trochę z niechęcią. Pochmurzone niebo, do tego ta droga ale… jakiś cud się zdarzył, bo dojechaliśmy do Czernichowa. Nie padało i… jeszcze było jasno. Nareszcie odsłonił się przed nami pan, no chyba pan Czupel. Przynajmniej dlatego, że imię jego bardziej jest męskie niż damskie. Pan góra zezwolił nam na odwiedziny.

 

Mówiąc szczerze Czernichów to jest piękna miejscowość. Bajka. Rzeka Soła rozjaśniła moje oblicze i wlała we mnie nową energię.  Co do podwójności, tu kolejna, Czernichów położony jest po obu stronach Soły. Ona jakby go dzieli. Same dwójki z tego Czupla. blog158.2

O 16.30 wyruszyliśmy na szlak. Szlak chwilami mokry, chwilami suchy, zadrzewiony, ale i widokowy. Czyli nic się nie zmieniało w kwestii podwójności. blog158.3

blog158.4O 18. 15 postawiliśmy stopy na szczycie.

blog158.5Przez całą prawie drogę wędrowaliśmy sami, tylko na początku spotkaliśmy kilka młodych kobiet. A jak tylko dotarliśmy do miejsca przez nas pożądanego, znikąd wyłonił się jakiś człowiek. Tak, przyszedł w samą porę. Zrobił nam zdjęcie o jakie poprosiłam.

Fotki, postój i droga od szczytu do schroniska Magurka…

blog158.6…zajęły nam jakieś czterdzieści minut.

 blog158.7

Tam nareszcie zjedliśmy obiad, albo raczej obiado-kolację. Przybiliśmy pieczątki i odpoczęliśmy przed drogą powrotną

 

Na parkingu, znajdującym się tuż przy wejściu na niebieski szlak, byliśmy o dwudziestej pierwszej. Mimo, że to był sierpień, było już ciemno i chłodno. Nadal jednak urzekała rzeka. Jakkolwiek to nie zabrzmiało.

 

Nic to – pomyślałam – sprawdzian z Czupla mamy zdany na jakąś czwórkę. Następnym razem lepiej sprawdzę tego googla zanim mu zaufam.    

PSSSTRYK

Zdjęcia, zdjęcia i jeszcze raz zdjęcia. Trochę się ostatnio zakręciłam w świecie fotografii. Poszłam tam, gdzie iść musiałam. Dopadła mnie niespełniona „miłość” z dzieciństwa. Wołała przez całe te lata i chwilami jakby mnie miała. Już, już zagarniała mnie dla siebie, ale sprytnie się jej wymykałam. Miłość to z czasów, kiedy często obracałam w ręku „smienę”, jedyną pamiątkę, jaką odziedziczyłam po tacie. Nikt oprócz mnie nie wiedział jak bardzo marzyłam, żeby zadziałała. Jednak zupełnie nie miałam pojęcia, jak się do tego zabrać, więc tylko patrzałam na ten aparat i patrzałam, aż pewnego dnia, kiedy urosłam udałam się do fotografa, który mi wytłumaczył: gdzie, co włożyć i jak obsługiwać to urządzenie. Nawet zrobiłam tą „smieną” kilka zdjęć w czarno-białej tonacji. Jak dziś pamiętam – to był Karpacz i wycieczka szkolna. Nie byłam jednak zachwycona efektem swojej pracy. Tu coś ucięło, tam się ktoś ruszył. W końcu zostawiłam temat. Zajęłam się dojrzewaniem.

Dziś budzę się i odkrywam, że tak niewiele zostało z fotografii. Fotografowie poprawiają kolory na zdjęciach, tu podkręcą zielony, tam jakiś inny, wyretuszują niedoskonałości. Dołożą obiekt z innego zdjęcia. Ponakładają warstwy, dodadzą efekt i… gotowe. Tylko, ile w takim zdjęciu pozostaje ze zdjęcia? Ile na takim zdjęciu jest oszukaństwa.
Zdjęcia, szczególnie te wiosenne i zimowe wychodzą szare. W tych porach roku niebo zwykle się chmurzy, drzewa nagie jak je matka natura rozebrała też nie wyglądają najatrakcyjniej takie odarte z zieleni. Wtedy kusi licho, żeby zastosować jakieś filtry, bo ludziom się takie poprawione fotki podobają. No i tu doszłam do pewnego miejsca, w którym musiałam zadać sobie pytanie: czy tego właśnie chcę? Po kilku próbach poprawienia swoich zdjęć podjęłam decyzję, że nie. Moje zdjęcia nie będą takie.

Lubię robić zdjęcia, każde wychodzi w jednym, ekskluzywnym egzemplarzu, ponieważ już nigdy nie powtórzą się takie same warunki. Ktoś, drugi raz tak samo nie spojrzy, wiatr nie zawieje kiedyś tak samo i ja nie będę drugi raz w tym samym miejscu stała żeby w odpowiednim momencie pstryknąć. To jest magia chwili.
Tyle, że nie czuję, żeby była w stanie mnie pochłonąć całkowicie. Za mocno ma się związane ręce.

-Dlaczego robi nam pani zdjęcia?- zagadała mnie pewna kobieta, wychodząc z budynku, który właśnie minęłam.
Spojrzałam na nią. Na twarzy miała irytację. Wyglądała na zdenerwowaną i gotową do jakiejś „walki”. Jednak była sama, a mówiła w liczbie mnogiej. Pomyślałam, że różnie bywa może jest w ciąży, a może mówi mi coś czego nie rozumiem. Postanowiłam ją równie nieudolnie potraktować.
-Że niby ja panią fotografuję? – zapytałam.
W tym miejscu, to się już w ogóle zdenerwowała, co widać było po jej wykrzywionej grymasem twarzy. Jakby nie mogła pojąć, dlaczego ja jej pytania nie zrozumiałam.
-Tak, dlaczego robi pani zdjęcia salonowi? – ciągła rozmowę.
Ach salonowi – pomyślałam – to tu cię coś gryzie. Fakt jakiś tam obiekt upiększający znajduje się w miejscu, w którym ona stoi. Tylko po co miałabym robić zdjęcia temu przybytkowi. Jest tyle ciekawszych rzeczy w pobliżu, że jej salon przy nich szarzeje jak stara firanka po babci.
-Ja robię zdjęcia ptakom – odpowiedziałam jej zgodnie z prawdą, bo już mi się nie chciało z taką kulką nerwów dyskutować.
-To ptakom pani robi zdjęcia – powtórzyła po mnie – po czym odwróciła się na pięcie i wróciła do swojego salonu.
Ani be, ani me, ani kukuryku. Tyle. Można było chociaż przepraszam powiedzieć, a nie oskarżać kogoś o coś czego nie robi. Tego jednak nie można wymagać od kogoś tak przewrażliwionego i nieomylnego. Jej salon…

No i co zostanie potomnym ze współczesnej fotografii? Pozowane sesje zdjęciowe, zdjęcia z manifestacji, wystaw, biegów i innych imprez masowych, mniej lub często bardziej ustawionych. Szara rzeczywistość, jeśli zdarzą się osoby skłonne do ryzyka jakim jest uwiecznienie jej, nie wypłynie na światło dzienne. Zostanie gdzieś na twardych dyskach albo w albumach. Tak bardzo człowiek chce chronić swój wizerunek, że do fotografowania pozostają ptaszki i kwiatki, które zawsze są naturalne i gotowe, a do tego piękne.

A ludzie? Ludzie jacy są? Pewnie to będzie można zobaczyć dopiero, kiedy umrą. W dziale „stare fotografie cudem odnalezione”, bo teraz autorzy pokażą tylko te fotki, na których człowiek jest widoczny od tyłu, albo za mgłą.