ZAWSZE MOŻE BYĆ…

Bum!!!

Gdzieś z tyłu, ktoś w coś mocno uderzył samochodem, pomyślałam szybko w temacie owego bum. Nie zdążyłam dokończyć myśli, a usłyszałam drugie bum, a właściwie to poczułam na własnej osobie. Przez ten moment, przeleciało przez moją głowę całe stado myśli. Złapałam jedną z nich, która kazała mi sprawdzić, co się wydarzyło. Wysiadłam pospiesznie z samochodu i ruszyłam w kierunku pojazdu stojącego za mną.

- Co wy ludzie wyrabiacie!? Ja się spieszę do pracy – wyszło ze mnie słów kilka na powitanie nowej sytuacji, bo już mi się w głowie osadziły te dwie godziny poświęcone na sprawy papierkowe, związane z wymianą informacji między kierującymi, tudzież policją.

- To on w nas uderzył – odpowiedział kierowca stojący za mną i wskazał ręką na pojazd stojący za nim.

Wtedy dopiero spojrzałam na moją „ślicznotkę”. Od grudnia nie mogę się nią nacieszyć. I to całe bum wywołało we mnie falę, krótkotrwałą ale jednak, falę emocji negatywnych.  Okazało się, że nie jest żle, na zderzaku odbił się ślad po tablicy rejestracyjnej jadącej za mną skody, do tego powstało na nim zarysowanie i ubytki w lakierze. Nawet przez chwilę chciałam opuścić miejsce zdarzenia, bo właściwie z tym można jeździć, ale szybko się wkręciłam w wydarzenie  i… zostałam.

Z trzeciego samochodu, Dacii Duster wyszedł kierowca. Uśmiech miał jakiś duży i trzymał się za kolana.

-Coś pana boli? – zapytałam na dzień dobry.

Tak się przyjęło, że w sytuacjach drogowych nikt nikomu nie przedstawia się, nawet z imienia, nikt nie podaje ręki drugiemu, ani nie zachwala pięknej pogody.

-Trochę mnie kolana bolą, ale to moja wina, bo jeżdżę jak taki przykurcz- tu zademonstrował pozycję lekko zgarbioną, z pochyloną w stronę szyby głową i zbyt mocno zgiętymi kolanami.

Kiedy sprawca prostował nogi, chodząc wokół swojego pojazdu my, poszkodowani postanowiliśmy o zdarzeniu powiadomić policję.

-Jaki to był numer na policję? – nie mógł sobie przypomnieć pan od Octavii.

-997 – podpowiadałam.

W szoku nie potrafił skojarzyć najprostszych cyfr. Wtedy już wiedziałam, że nie powinnam tak szybko odjeżdżać.

-…zderzyły się trzy pojazdy, numery rejestracyjne?… na ulicy opolskiej – ciągnął rozmowę kierowca od Octavii

-Nie, nie opolska, o tu jest adres i wskazałam na budynek obok nas, na którym była oznaczona wielkimi literami ulica naszego przymusowego postoju.

 

Zgłoszenie przyjęto. Mogłam w końcu obejrzeć szkody na pozostałych pojazdach. Środkowy, czyli nieszczęsna Skoda Octavia, miał najbardziej widoczne obrażenia. Nie dość, że trochę go z przodu porysował mój zderzak, to oberwał jeszcze z tyłu. Światła potrzaskane, bagażnik wgnieciony, zderzak też i tablica rejestracyjna sprawcy wbita w cały ten bigos na tyłach pojazdu. Sprawca rozwalił przód swojego samochodu. Pogniotła mu się maska, potrzaskał zderzak i światła.

blog155No, więc utknęliśmy. W godzinach rannych, słonecznych, przy ulicy niezwykle uczęszczanej. Troje obcych ludzi, którzy nie spotkaliby się zapewne i nie zamieniliby ze sobą słowa, gdyby nie chwila nieuwagi jednego z nich. Każdy z nas, pochodzący z zupełnie innego świata, został na moment przytrzymany, o, tu właśnie.

-Zamyśliłem się, przypomniały mi się rybki, setki martwych rybek – tłumaczył się sprawca – w samochodzie mam wędki, mogę pani pokazać.

Zupełnie mnie wtedy nie interesował temat rybek, ale skoro już został ruszony, to w sumie czemu go nie kontynuować. Co mam ciekawszego do roboty?

-A co się stało z tymi rybami? – zapytałam.

-Przyducha, miały za mało tlenu i się wszystkie podusiły. Leżały tak… straszny widok – żalił się.

Padła oczywiście nazwa jakiejś miejscowości, bliżej mi nie znanej, a potem nastąpiła kontynuacja opowieści.

-Widziałem, że stoją, ale jeden z przodu zaczynał ruszać, myślałem, że inne też ruszą, spojrzałem na bok, no i uderzyłem. A codziennie tędy jeżdżę.

Tak, to bardzo postojowe miejsce. Kawałek dalej jest przejazd kolejowy, więc lubi się tu tworzyć  ogonek pojazdów. Rankiem, w południe i wieczorem.

 

Tymczasem zaczęli się zjawiać „łowcy okazji”. Pierwszy pojawił się pan, nie bardzo uparty.

-Ja nie potrzebuję lawety – powiedziałam.

-Ja mam AC – dodał sprawca.

-A ja mam samochód służbowy i załatwię to przez nich – trzeci uczestnik zdarzenia także nie wykazał zainteresowania usługami przewozowymi.

 

-Pewnie sobie poczekamy na policję – zwróciłam się do kierowcy skody.

-Jak nie ma ofiar, to oni się nie spieszą. No, a ja się spieszę, przyjechałem z Warszawy, o dziewiątej mam szkolenie.

Pan z Octavii: zadbany, cichy, ale i najmocniej z nas zdenerwowany, bo i najbardziej poszkodowany.

 

Nadjechała kolejna laweta, tym razem, z bardzo upartym i gadatliwym kierowcą.

-Panie, panu to na pewno zabiorą dowód rejestracyjny, światła są zbite, a tu są wystające elementy, niechby pan zahaczył rowerzystę to tragedia gotowa – próbował nakłonić do skorzystania z lawety warszawiaka – pierwszy patrol pana zatrzyma.

Po nieudanej próbie namowy poszkodowanego, na świadczone przez siebie usługi, zaczął opowiadać różne historie, bo jak to stwierdził ma czas.

-Ludzie różnie reagują na wypadki. Kiedyś wiozłem dwie dziewczyny, z tyłu był ich samochód, który prawie wcale nie ucierpiał. One magle zrobiły się blade. Ta jedna to nawet zaczęła wymiotować, ale to ze stresu, bo jej nic nie było.

 

No dobra, posłuchać zawsze można. Przynajmniej nie ma tej niezręcznej ciszy. A dyskutanci między sobą i tak co rusz się zmieniali. Każdy z każdym co jakiś czas się zwierali i prowadzili kawałek rozmowy, potem któryś odbierał telefon, albo rozmawiał z jakimś zjawiającym się bliższym, lub dalszym znajomym, który coś z samochodu zabierał do innego i gdzieś odwoził. Wypakowano między innymi wędki, jakieś wiadra, dokumenty i podobne manatki.

 

Wreszcie pojawili się panowie policjanci, którzy kazali nam okazać dokumenty i poczekać w samochodach, jakieś pół godzinki. Czekaliśmy przez chwilę i znów zbieraliśmy się na zewnątrz, jakby każde z nas nie mogło usiedzieć. Znów tworzyliśmy  kółeczka, małe i duże.

 

Kiedy akurat wszyscy staliśmy w kółeczku (czyli nasza trójka uczestników zdarzenia i laweciarz), ze znajdującego się nieopodal budynku z napisem „suto serwis” wyszli jacyś ludzie.

-Zenek! Cześć Zenek! Zobacz, rozwaliłem auto! – wydarł się sprawca do imć Zenka, stojącego po drugiej stronie ulicy.

Zenek tylko mu machnął ręką.

-Ja tam kiedyś pracowałem, znamy się – tłumaczył.

Spojrzeliśmy po sobie: ja, pan od Skody i pan od lawety, ale nikt nie skomentował dziwnego zachowania kierowcy Dacii. Rozmowa toczyła się torem zewnętrznym.

-Innym razem przyjechałem na miejsce w samą porę. Dobrze, że szybko. Poszkodowany był bardzo agresywny, chciał pobić sprawczynię. Z rękami na nią szedł. To złapałem dziada od tyłu, wsadziłem do samochodu i powiedziałem siedź tu i cicho. Na początku się burzył, a potem potulny był, jak go pytałem czy będzie spokojny to kiwał głową, że tak. Ludzie to różnie reagują na wypadki – pan od lawety poczęstował nas kolejną historią ze swojego życia – a państwo to widać, że kulturalni, uśmiechnięci, tylko brakuje kawy…

-I ciastek – dodałam.

-A, to dlatego ten wypadek – nagle sprawca olśniony i rozpromieniony wydał z siebie głos – bo jest  trzynasty, pechowy.

-Dzisiaj trzynasty? – ktoś spytał

-A rzeczywiście – ktoś drugi dodał.

-Co pan gada za głupoty? Dziś jest szczęśliwy dzień, bo trzynasty – jakoś z trudem przychodziło mi skreślenie dnia i wpisanie go na listę pechowych. Dzień jak dzień. Z taką różnicą, że spóźnię się do pracy, więc posiedzę w niej do wieczora.

 

W końcu policjanci pozwolili nam odjechać.

Na pożegnanie były przeprosiny i kajanie się sprawcy. Po czym każdy wrócił do swojego świata.

 

-Dobrze, że nikomu nic się nie stało. Ja tam mówię, że zawsze może być gorzej- pan od lawety znów zaczął opowiadać.

Nie wytrzymałam. Czy otoczyli mnie sami ciemnowidze? Jak nie „trzynasty” to „może być gorzej”.

-Zawsze może być lepiej – dopowiedziałam.

A pan z octavii, który nie mówił wiele, tym razem się odezwał na poparcie mnie. 

-Dokładnie.

 

Nawet, w nie idącej po naszej myśli sytuacji, można odszukać coś sprzyjającego. Ja na przykład cieszę się, że poznałam tych ludzi, ich sposób widzenia, ich zachowanie. W pracy na pewno byłoby mniej zaskakująco i ciemniej, bo tam wpada mało światła dziennego, króluje za to sztuczne oświetlenie. Zrozumiałam też, że dalej mi do pesymizmu, niż bliżej. I to jest ważne spostrzeżenie, to wręcz najważniejsze ze spostrzeżeń tamtego dnia.

SKRZYCZNE 10/28

Skrzyczne kiedyś nazywane było Skrzecznią. Owa Skrzecznia wywodziła się od skrzeczenia żab, jakich miał być ogrom w istniejącym niegdyś stawie, znajdującym się między Skrzycznem a Małym Skrzycznem.

Beskid Śląski szczyci się Skrzycznem, położonym 1257 m. n. p. m. Wysoko to czy nisko? No…  i to i to. W stosunku do Babiej Góry, zdobywanej dzień wcześniej, Skrzyczne jest o jakieś 500 metrów niższe, ale przewyższenie z obu wybranych przeze mnie miejsc wymarszu jest podobne i wynosi około 700 metrów. W każdym bądź razie ja bym Skrzycznego nie lekceważyła, bo potrafi wycisnąć z człowieka wiele potu.

Skrzyczne to jedna z tych gór, na które można wjechać wyciągiem, praktycznie na sam szczyt. Tylko co to za frajda dla zdobywcy? Wjechać to mogą osoby starsze, chore albo ci, którzy jedzą tylko wisienkę z tortu, przegapiając i ciasto i krem i dobre towarzystwo. Najwięcej dzieje się na szlaku. Tam, gdzie są ludzie, las, kamienie, pot, rowerzyści, zbieracze jagód i wiele, wiele innych atrakcji.

 

Mimo szczerych chęci nie mogłam zdobyć mapy. Z internetu wyczytałam, że można wejść na Skrzyczne ze Szczyrku.  Toteż w ciemno pojechaliśmy do Szczyrku. Przejechaliśmy dużą część miejscowości w poszukiwaniu miejsca parkingowego. W tak piękny, sierpniowy dzień było sporo turystów, a wielu z nich przyjechało samochodem, no i wiadomo – samochód trzeba gdzieś zaparkować. W końcu i my odnaleźliśmy pisane nam miejsce postojowe. Tuż obok jakiejś wypożyczalni nart.

Zagadałam pracownika o tę nieszczęsną mapę

- A po co pani mapa? – wyraził swoje niezrozumienie starszy pan.

- Po to, żebym wiedziała jak dostać się na szlak.

- A jakiego pani szuka szlaku?

- Niebieskiego, takiego z najlepszymi widokami – odpowiedziałam nauczona Babią Górą i jej monotonnym, powrotnym szlakiem przez las.

- Pani, ja tu mieszkam od urodzenia, ja pani powiem jak wejść na górę, bez żadnej mapy – ciągnął. O, tu jest wyciąg- wskazał palcem na wprost – trzeba iść cały czas pod wyciągiem, a potem będzie niebieski szlak.

- A będą widoki? – uparcie drążyłam temat

- Będą widoki.

Aby zacząć wędrówkę wspomnianą trasą, wystarczyło nam tylko przejść na drugą stronę ulicy.

Słoneczko grzało bardzo mocno, a miejsc ocienionych pod wyciągiem, niestety nie było wiele, więc jak tylko można było, to chowaliśmy się w łaskawych ramionach przydróżkowych drzew i zarośli. Górka była stroma, nie poruszaliśmy się po niej zbyt szybko. Ponad nami co chwila przesuwały się krzesełka z tymi, którzy nie mieli ochoty albo czegoś innego, na wysiłek.blog154.1

- Ciężko? Dacie radę!- krzyczeli.

- Poczekamy na was na górze- dodawali inni.

Takie i podobne słowa, szeroko rozumianej „otuchy”,  płynęły od „krzesełkowiczów” nie tylko do nas, ale i do podchodzących  na równi z nami, innych współtowarzyszy-zdobywców.blog154.2

Po półtorej godziny wspinania się dotarliśmy wreszcie do niebieskiego szlaku. A po kolejnych dziesięciu minutach do Hali Jaworzyna pod Skrzycznem. Tu się rozstaliśmy z „krzesełkowiczami”. Od tego bowiem miejsca oni jechali dalej drugim wyciągiem prawą stroną, a my szliśmy dalej lewą stroną.blog154.3

Bardzo ładny jest niebieski szlak.blog154.4blog154.5

Wędrując po górach, czasami można odnieść wrażenie, że  jest się w innym, jakimś zaginionym świecie, gdzie to, co w zwykłych warunkach uchodzi za dziwactwo, tam jest całkiem naturalnym zachowaniem. Starsza kobieta w samej tylko bieliźnie, takiej zwykłej,  straganowej, zbierająca przy ścieżce jagody, nikogo nie dziwi. Rozśpiewany chór młodych wędrowców, na dwa głosy pięknie rozpraszający ciszę też nie stanowi tam problemu. Ba, nawet nikt nie wyzywa od wariatów rowerzystów, którzy postanowili zjechać ze szczytu po iście nieprzyjaznej drodze powolnego i raczej ostrożnego ruchu.blog154.6

Wracając jednak do nas… powolutku wspinaliśmy się w kierunku szczytu. Szło nam to bardzo mozolnie, ale wszystko przez jagodziny. Istne zatrzęsienie jagód. Nie sposób było przejść obok nich i nie skubnąć. Wszystkie fioletowo-czarne kuleczki kusiły. Były takie dorodne i słodkie. Najedliśmy się ich za wszystkie czasy. A wystarczało tylko się schylić, wyciągnąć w ich kierunku dłoń.blog154.7

Po trzech godzinach wędrowania ze Szczyrku dotarliśmy najpierw do miejsca widokowegoblog154.8

potem na sam szczyt.blog154.9

Kiedy tylko stanęliśmy pod oznaczeniem szczytowym, zaczął kropić deszcz. Na szczęście jeden, bardzo…” miły” pan w tym samym czasie dotarł na szczyt i nie bał się deszczu, tym sposobem mamy piękną fotkę. Tak, to ja i moja gromadka. Moi towarzysze do wypraw w znane i nie znane, ale bardziej w nie znane.

A cóż było robić z tym deszczem? Nic, tylko przeczekać w pobliskim schronisku. Tylko ile tu czekać? Pieczątki wbite, obiad zjedzony. A tu jak kropiło, tak kropi. Do tego zaczęło grzmieć, a chmury pociemniały znacznie.blog154.10

Podjęłam męską decyzję, że idziemy, bo chyba nie polepszy się pogoda. I to była dobra decyzja. Z minuty na minutę padało mocniej. Do wyciągu szliśmy krok w krok ze starym góralem akurat zmierzającym do Szczyrku, który powtarzał nam, że chyba nie zdążymy zejść na dół. Uśmiechałam się tylko do jego słów. Dlaczego miałabym mu wierzyć? Skoro on idzie, to i my damy radę. Tam gdzie jest teren nie znany, obserwuje się jego mieszkańców. On idzie to i my idziemy. Ale ten cwaniak, doszedł tylko do końca jednego wyciągu, z Hali Jaworzyna zjechał sobie tym drugim wyciągiem. Dalej szliśmy więc już sami.

To było chyba nasze najszybsze zejście. W godzinkę od szczytu, byliśmy na dole. To był też nasz pierwszy raz w górach, kiedy pioruny gdzieś z oddali się zbliżają i pogoda zmienia się bardzo szybko.

W Szczyrku w totalnej ulewie usiedliśmy na spokojnie w samochodzie i zjedliśmy lody ( taki nasz kaprys). Ciesząc się jednocześnie, że zdążyliśmy przed wielkim deszczem.

 

Skrzyczne to piękna góra. Dała nam cenne doświadczenie i pewną lekcję. Dzięki niej poznaliśmy zarys kultury miejscowych, którzy znają góry bardziej niż my, przyjezdni. Oni są niezwykle pomocni, ale i ostrożniejsi w mierzeniu się z matką naturą.

DZIKUSKOWY BRZUSZEK

Z nim można zrobić wszystko, położyć mu łapy tak, jak tylko wyobraźnia podpowiada, głaskać „z włosem” lub „pod włos”, obejrzeć pazurki, podstawowe i te boczne.

Jest niesamowity, nigdy nikogo z domowników nie drapnął, nie wydał okrzyku dzikiego serca z samego środka puszczy na podkreślenie jakiegoś niezadowolenia. To udomowiony zwierzak, który dużo czasu spędza w terenie. I kiedy zjawia się w domu, to wszyscy się cieszą.

-Dzikusek, dzikusek… nasz dzikusek.

-Dzikunio, ty to jesteś dobry kot .

-Nasz kotek.

-Nasz niedźwiedź.

Same zachwyty otaczają „dzikusa”. Szczególnie teraz w okresie zimowym, kiedy od matki natury dostał futro w wersji XXL. Gładkie, gęste i błyszczące jak śnieg na który pada promień ostrego słońca. Nawet pies zaprzyjaźnił się z dzikusem. Bywa, że razem się bawią, albo śpią. No nie… jeść nie chcą razem.

 

-A zobaczymy, czy da się uczesać- jeden z synów postanowił przeprowadzić eksperyment.

I wziął w dłonie szczotkę dla psa. Czesał dzikusa po jego prawej stronie, po lewej stronie, po grzbiecie i po ogonie.

-A po brzuszku?

Po brzuszku to kot nie za bardzo chciał być czesany. Stwierdził zapewne, że to mu nie odpowiada i zaczął się wyrywać, więc syn zaprzestał czesania. Pozostało mu zastanawianie się – dlaczego? Co takiego trzeba zrobić, żeby i po brzuszku dał się poczesać? Ni z tego, ni z owego zrobił się temat do zabawy.

-Wiem, trzeba go pociągnąć za sznurek – powiedział najstarszy z synów.

I wykonał ruchem dłoni gest taki, jakby ciągnął za jakiś niewidzialny sznureczek, po czym go puścił i czekał na zamierzony efekt, ale nie wprawił kota w stan, jakiego pozornie oczekiwał.

-Nie? To może dzikusek jest nakręcany? – ciągnął wywód.

Tym razem kręcił palcami dłoni na wysokości grzbietu kota, w prawą stronę, jak się kręci, aby przekręcić kluczyk. Kręcił i kręcił, nagle puścił i ponownie czekał, choć wiedział, że nie doczeka.

Całe towarzystwo już nieźle się śmiało, bo komicznie cała sytuacja wyglądała. Ruch na nieistniejącym przedmiocie mistrzowsko wykonany, okraszony odpowiednimi minami jedynego wykonawcy, potrafią rozbawić do łez.

-No to ja już wiem, on jest na baterię – jeszcze raz próbował.

Obrócił dzikuska na grzbiet i udał, że na wysokości brzucha odkręca śrubkę, potem otwiera klapkę i wymienia baterię.

Kot ani nie drgnął. W całym tym przedstawieniu, jako aktor na którego skierowane były cztery pary oczu, czuł się dobrze, wręcz znakomicie. Obracano go na wszystkie strony, a jemu było wszystko jedno. Nawet chwilami mrużył swoje zielone oczy trochę, potem do połowy, potem całkiem zamykał je. Być może nawet przysnął. To jest bardzo prawdopodobne, że spał.

-Ja wiem – wyrwał się najmniejszy – on jest na monetę.

Zaczęli znów okręcać kota w poszukiwaniu otworu na monety. Kot jednak się ocknął i wziął sobie poszedł. Zajął ulubione miejsce na pudle z klockami lego. Jedną łapę zwiesił w dół, resztę ciała rozpłaszczył na powierzchni pudła i zasnął nie zważając na nic.

-Pewnie był na prąd – skwitowałam.

Towarzystwo nieźle się rozbawiło z takim dzikuskiem. Jego delikatny brzuszek nie został uczesany, ale nikomu to nie przeszkadzało.

 

 

Zastanawia mnie tylko skąd takie skojarzenia, że musi być jakiś sposób? Czasami nie ma żadnego sposobu, po prostu coś jest niemożliwe. Nie pomoże żaden sznurek, pokrętło, bateria czy moneta, bo najzwyklej w świecie nie ma takiej energii, która mogłaby poruszyć daną istotę żywą, do tego, aby się na coś zgodziła. A siłą można spowodować tylko straty, nieodwracalne i nie dające satysfakcji nikomu straty.

Czasami w życiu trzeba sobie odpuścić jakąś decyzję na osobie drugiej, bo być może ma się do czynienia z takim kocim brzuszkiem, który nie chce być poraniony dla czyjegoś widzimisię.

Jak ktoś kogoś kocha,  to nie powinien go ranić.

BABIA GÓRA 9/28

Babia Góra mówią na nią, mówią też, że to królowa Beskidów, a  poza tym, że niezła z niej kapryśnica, po prostu matka niepogód. Na wysokości 1725 m. n. p. m. czeka na śmiałków, bo ona to jest najwyższa, po niej w Polsce wyższe są już tylko Tatry. Z „Diablakiem” na piersi góruje nad okolicą. No i jak miałam przejść obok niej obojętnie?

 

Pogubić się można? To może od początku. Babia Góra to masyw górski w paśmie Babiogórskim Beskidu Żywieckiego. Najwyższym szczytem jest Diablak . Diablaka nazywają Babią Górą od nazwy tegoż masywu. Rezygnując z fachowej terminologii –  to jest tak jakby jedna wielka góra (Babia Góra), która, kiedy się człowiek po niej wspina, co kawałek ma jakiś szczyt, a najwyższy z tych szczytów, ostatni, na samym czubku to właśnie Diablak. Tak więc stosuje się obie nazwy: Babia Góra i Diablak.

 

W sierpniu 2016 roku w ramach zdobywania Korony Gór Polski wybrałam się z dziećmi na audiencję u królowej Beskidów. Do samego końca pewności na zdobycie szczytu nie miałam. W przypadku tego szczytu wiele bowiem zależy od pogody. Obserwowałam więc prognozy. Najpierw zapowiadano, że będzie ciepło, potem zapowiadali zimno i deszcz. Ostatecznie okazało się, że przyjechaliśmy w najlepszym z możliwych momencie. Na drugi dzień od przyjazdu miało być upalnie.

 

 

Wyruszyliśmy z Przełęczy Krowiarki. Nazwa ta jest pozostałością po polanie, na której dawniej wypasano krowy. Pozostawiliśmy samochód na płatnym parkingu tuż przy wejściu na czerwony szlak. Jest to szlak niezwykle widokowy. Idzie się nim po kamienistej ścieżce na sam szczyt.

blog152.1

Trasa z początku wiedzie przez las, ale tuż przed Sokolicą po prawej stronie dróżki możemy już podziwiać przepiękne widoki.

blog152.2Po godzinie i piętnastu minutach marszu, kiedy nareszcie stajemy na wysokości 1367 m. n. p. m. czyli na szczycie Sokolicy, właśnie mija południe. Trochę inaczej miało być. Zakładałam sobie zdobycie Diablaka w samo południe. No ale, tak to jest z dziećmi, że ciągle coś nie idzie zgodnie z zamierzeniami, bo ten musi jeszcze zrobić to, a tamten czegoś zapomniał z samochodu…Niemniej jednak chociaż z poślizgiem, ale do Sokolicy dotarliśmy. Od tego  szczytu już do samego Diablaka poruszaliśmy się po grzbiecie masywu. Żadnego lasu, tylko kosodrzewina i te okrutne owady, które cięły niemiłosiernie, gdy choć na chwilę ustawaliśmy w drodze . A i jeszcze moje ustawiczne kichanie. Być może tę kosodrzewinę ktoś spryskał preparatem owadobójczym, który był mi trudny do tolerowania, a może było to coś jeszcze innego, czego dziś nie jestem w stanie się dowiedzieć.

blog152.3Szlak biegł raz w dół, raz w górę. Jakby nas przeprowadzał po pagórkach. Dawał nadzieję na szczyt i odbierał ją po chwili pokazując kolejny, podobnie wyrysowany przez matkę naturę odcinek szlaku. Obok ludzie, zmęczeni wędrówką i upałem narzekali, że „ta góra jest oszukana, bo ciągle oszukuje, że to szczyt, a to ciągle nie to…”

Po kolejnych czterdziestu minutach marszu dotarliśmy do Kępy

blog152.5Tu czekała na nas niespodzianka. blog152.4Z widokiem na Tatry szło się od tej pory o wiele raźniej. Trafiliśmy na przepiękną pogodę. A urlop planowałam długo wcześniej i to z uwzględnieniem całej wycieczki górskiej, miejsc noclegowych, przejazdów. Z tą pogodą to była loteria. Bardzo ostrożnie podchodziłam do pomysłu zdobywania Babiej Góry. W przypadku niesprzyjających warunków miałam zamiar odpuścić sobie ją, tym bardziej, że czytałam o tym jak szybko potrafi się tu zmienić pogoda, wszak to kapryśnica, której piętnaście minut wystarczy na zmianę oblicza.

Kolejne czterdzieści minut zajęło nam wejście na Gówniak inaczej zwany Wołowe Skałki.

blog152.6To wysokość 1617 m n. p. m. i szczątkowe ilości kosodrzewiny. Z roślinności pozostały kwiatki rosnące pomiędzy kamieniami. Z zauważonych przeze mnie: rdest wężownik, dzwonek drobny i ta ze zdjęcia poniżej, prześliczna sierpniowa sasanka alpejska.

blog152.7Reszta podłoża to spalona słońcem trawa i kamienie. Trudny klimat, gdzie nie uświadczy się wody, ani schronienia przed deszczem, słońcem, albo czymkolwiek nieprzewidzianym. I pomyśleć, że podobno tu właśnie dawniej wypasano woły, a nazwa gówniak pochodzi od odpadów jakie owe zwierzęta pozostawiały po sobie.    

Dziesięć minut przed czternastą ujrzałam na horyzoncie kolejną obietnicę szczytu.

blog152.8Tym razem to właśnie kopułę szczytową Diablaka mieliśmy w zasięgu oczu.

Jest takla legenda, która mówi, że wracający z Orawy zbójnik miał na szczycie Babiej Góry odpoczywać, kiedy zjawił się diabeł, głodny jego duszy. Zbój za podpisanie cyrografu, który miał mu zapewnić wieczny dostatek,  zażądał od diabła zamku na szczycie Babiej Góry. Zamek miał stanąć przed świtem. Diabeł przez całą noc starał się, nosił potężne kamienie, a zbój ciągle wymyślał, że tego brak, albo tamtego brak w jego wyśnionym w zamku. Tak im zeszło do rana. Kogut zapiał, a zbój nadal nie był zadowolony z budowli. Diabeł z wściekłości rozwalił zamek, który przygniótł zbója. Stąd nazwa Diablak.

blog152.9O czternastej stałam na szczycie owego Diablaka, szczęśliwa, choć pokąsana przez nieznanego mi latającego wroga. Mojego, dzieci i reszty turystów prześladowcę od Sokolicy.

Stojąc na szczycie, szczególnie przy tak pięknej pogodzie, nie sposób przegapić Jeziora Orawskiego, sztucznego zbiornika wodnego Słowacji. Żeby go stworzyć Słowacy zatopili kilka wiosek. Dziś pełni on funkcję przeciwpowodziową, retencyjną, ale i  sportowo – rekreacyjną. A na torfowiskach Orawskich występuje wiele rzadkich okazów roślin i zwierząt  Widząc ten zbiornik w oddali, człowiek może się zacząć zastanawiać, po kiego grzyba ten zbójnik z legendy, tak się namęczył, przebył taki długi odcinek drogi? Tylko po to, żeby odpocząć? Ale, to przecież legenda…

Powrót do Krowiarek zaplanowaliśmy przez przełęcz Brona, czerwonym szlakiem.

blog152.10Najpierw jednak trzeba było pokonać górę kamieni leżących w drodze ze szczytu, często ruchomych kamieni, zmieniających kąt leżenia pod ciężarem naciskającego na niego ciała, w tym przypadku nogi. Czyżby to części zamku z legendy?:)

blog152.11blog152.12Czerwony szlak jest naprawdę urokliwy

blog152.13Ale na niektórych jego fragmentach nie chciałabym się znaleźć przy załamaniu pogody.  Jak choćby to miejsce przy przełęczy Brona, godzinę od szczytu Diablaka.

W około półtora godziny dochodzimy do Schroniska Markowe Szczawiny. Po stempelek i zasłużony posiłek. W taki upał umysł potrafi człowiekowi różne dziwne potrawy sugerować. Wzięło mnie na ziemniaki ze zsiadłym mlekiem. I były boskie. A dzieciaki to standard zupa pomidorowa, frytki i takie tam pierogi.

Ze schroniska pozostało nam tylko udać się w dalszą drogę niebieskim szlakiem. I przyznam, że to był bardzo monotonny szlak, choć las piękny.  

blog152.14Jedyną jego atrakcją okazał się być „Mokry Stawek”.

blog152.15Przy jego brzegu trzeba było chodzić ostrożnie, żaby dosłownie uciekały przed nogami. A w wodzie było mnóstwo ich niedojrzałych postaci w różnych fazach rozwojowych.

 

Cóż mogę powiedzieć o Babiej Górze? Ma swój urok. Jest piękna, ale trochę za duży na niej tłok. Nie sposób było na chwilę przystanąć na ścieżce. Od razu trzeba było zejść na bok, bo tarasowało się drogę następnym turystom spragnionym audiencji.

Dla naszej czwórki Babia Góra była bardzo łaskawa, gorąca i do samego szczytu bezchmurna. Pokazała nam chyba najpogodniejsze oblicze. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś na nią powrócę.

„PRZEZ ŚWITY” NO BO JAK TO?

Warszawska Firma Wydawnicza – myślałam, że wszystko sobie ustaliliśmy, ja robię to, oni robią tamto. Każdy miał być zadowolony z roli jaką odegrał dla strony drugiej. Wiążąca umowa jasno określa prawa i obowiązki. O co tu się spierać?

                 

Kiedyś wydałam książkę, taki tam zbiór poezji. Do dziś, a zapewne i do końca moich dni, nie uda mi się z tego tytułu zachorować na jakąś formę narcyzmu, albo chociaż wiary w swój talent. Nie, nie ma to nic wspólnego z „szumnie” nazywanym wydawnictwem, ani poklaskiem z jakiejkolwiek strony. Po prostu zamysł wydania był od początku do końca inny.

Długo się zastanawiałam, czy powinnam to zrobić? Czy to komukolwiek posłuży? Nie poszłam na żywioł. Dałam do przeczytania osobie, której opinia wiele dla mnie znaczy, ona powiedziała „tak”. Byłam w Związku Literatów. Tam też powiedzieli, że „tak”. Nawet jedna z pań obiecała mi napisać przedmowę, która dziś widnieje w mojej publikacji.

Postanowiłam zawalczyć o jej wydanie. Prawdę mówiąc byłam tylko w jednym miejscu, tam powiedzieli, że nie są zainteresowani. Nie namyślając się zbyt długo napisałam do pierwszej lepszej firmy pomagającej takim debiutantom jak ja wyjść ze swojej szuflady. Padło na WFW. Czy za wcześnie do nich trafiłam? Nie wiem. Być może mogłam jeszcze gdzie indziej się udać, ale ostatecznie taką podjęłam decyzję.

Mój główny cel został osiągnięty. Książka wyszła przepiękna. Z projektu okładki jaki im dostarczyłam, autorstwa pewnej znajomej mi osoby, zrobili dzieło jakie w pełni odpowiadało mojemu zapotrzebowaniu, a nawet je przerosło. Grafik dobrze dopracował tył okładki, tak, że z przodem skomponowała się na jedną nutę. Dodatkowo wykonanie introligatorskie: foliowana okładka, dobrze dogrzana, wnętrze i ta ich dziwna czcionka z przecinkiem. Tak, tego potrzebowałam.

Kręciło się to jakoś przez trzy lata, a właściwie prawie cztery. Książka była dostępna w internecie, a ja sobie o niej praktycznie zapomniałam. Sprzedaje się czy nie? Tego nigdy się nie dowiem, bo nikomu na ręce nie patrzę. Jako autor jestem bezbronna w kwestii zweryfikowania ilości sprzedanych egzemplarzy. Muszę liczyć na dobrą wolę wydawcy.

Niestety, ale w moim wydawnictwie od jakiegoś czasu, nie dzieje się najlepiej. Podobno ktoś kogoś okradł, wykasował jakąś bazę czegoś tam od zakupów i nie wiadomo co jeszcze. Skutkiem czego zostałam wyrzucona z dystrybucji, niezgodnie z warunkami umowy. Moją książkę można znaleźć w bazach różnych sklepów, ale pojawia się informacja o jej niedostępności. Dlaczego niedostępności, tego nie wiem.

Wydawca tłumaczy sytuację  zmianami wewnątrz firmy, jakimś projektem nowej strony internetowej i potrzebą czekania na jej uruchomienie do lutego czy marca 2017 roku. Póki co, z premedytacją nie wywiązuje się z umowy już od około połowy 2016 roku. Tłumaczy się tak: jeśli ktoś zechce kupić mój tomik, to powinien napisać bezpośrednio do nich, na adres meilowy. Już to widzę, jak ktoś szuka książki bezpośrednio w wydawnictwie. Mi by to do głowy nie przyszło, tym bardziej, że publikacji trzeba szukać w archiwum sklepów.

Podjęłam więc decyzję, że sama zajmę się dystrybucją. Mam trochę egzemplarzy, które dostałam zgodnie z umową. I jeśli mi się uda dobrze otagować notkę  to ktoś zainteresowany, będzie mógł trafić na bloga pod ten oto wpis, a jeśli będzie chciał wniknąć w świat moich szeptów, to umożliwię mu to. Wystarczy skontaktować się ze mną na adres z prawego boku strony. blog151

A jaki był zamysł wydania? Każdy, absolutnie każdy z ludzi poszukuje czegoś, co go w pewnej sytuacji życiowej podniesie. Mój świat poezji z tamtego czasu, to pożegnanie. Pożegnanie z kimś kto okazał się być innym człowiekiem niż deklarował, z kimś kogo przeceniłam. Nie, to nie depresja jakiej można byłoby się doszukiwać, to jednocześnie żal i radość, ale przede wszystkim powrót do kochania siebie, swoimi a nie obcymi oczyma. Co po rozstaniach zawsze jest trudne.

TRZECI DOM

Jest taki punkt, umowny punkt, bo przecież nikt go nie oznaczył, nikt mu nie przypisał współrzędnych, że niby odcięta to tyle, a rzędna to tyle. Jest taki punkt którego położenie nie zostało zdefiniowane, a każdy chciałby je znać. To punkt na granicy ryzyka, po jego przekroczeniu ryzyko staje się głupotą.

 

Od miesiąca mam trzeci dom. Jeden to „mój dom”, moi bliscy, moje łóżko, moje sny, mój świat bez kamer i nakazów. Drugi to praca, a wiadomo praca to… praca. Za to mój trzeci dom to teraz autobus. Zasłużył sobie na to miano z racji tego, ile czasu w nim spędzam i z racji powtarzalności towarzystwa.

Siódma zero osiem to mój ulubiony autobus. Znajome twarze witają mnie co dnia. Są bliźniaki, pani w okularach, dziewczynka w różowej kurtce…  Jeśli kogoś nie ma, to się zastanawiam: zachorował, zaspał, czy wyjechał na wakacje  No ale… to jest ta jasna strona autobusu. A ciemna? Ciemna wyłania się po zmroku, jakby cały dzień tylko czekała między przystankami, ukryta. Kiedy słońce zejdzie ku ziemi i gwiazdy i księżyc cały pojawią się rywalizując ze światłem latarni o ludzką uwagę, to w autobusie coraz to bardziej wykręcone towarzystwo się pojawia.

 

- Panie, panie, to końcówka. Wysiadasz? – kierowca próbował obudzić człowieka garującego jak ciasto drożdżowe  pod bawełnianą ścierką. Co otworzył usta to mocniej gwizdał, chrapał i pochrząkiwał.- Panie jesteśmy na Górczynie, wysiadasz?- kontynuował.

Wreszcie śpioch się obudził. Wstał, zatoczył się dwa razy, poobijał o krzesełka, aby powędrować w kierunku kierowcy.

- Pppaanie, a na Dębiec dojadę? – wybełkotał w końcu.

- Właśnie przyjechałeś z Dębca – odpowiedział mu kierowca.

Autobus ruszył. Współpasażer ( ten pod wpływem procentów) przejechał dwa przystanki siedząc na nowym od poprzednio zajmowanego siedzeniu, tuż za kierowcą. Wtem, pan bardzo wstawiony znów przypomina o sobie :

- Panie, Panie! A na Górczyn dojadę? – zaczepia współpasażera, bo odnalazł w zamroczonej głowie pytanie, którym miał ochotę się podzielić.

- Właśnie byłeś na Górczynie – uzyskał odpowiedź, a właściwie wysyczał mu ją przez zaciśnięte zęby siedzący niedaleko jegomość.

Nie wiem ile razy tak jeździł w kółko. W końcu po skażeniu dwóch krzesełek wysiadł.

 

Problem uciążliwych pasażerów istniał od zawsze. Takich co to za dużo wypili, za dużo mają do powiedzenia, za dużo zjedli przed lub po, a potem puszczali pawie i tak dalej.

 

Ale istnieje jeszcze jeden typ ludzi z którymi dzielimy się krzesełkami w autobusie. Mają tak intensywny zapach, że nie da się ich nie zauważyć. Należą do kategorii ludzi niezmiennych. Co oznacza, że jutro nie ulegną cudownemu przeobrażeniu. Nie umyją się ani wieczorem, ani rano. Jutro nadal będą zarośnięci, brudni i po prostu „cuchnący”. Ich długie przetłuszczone włosy i siwa broda opadająca niemal na klatkę piersiową, jutro wcale się nie zmienią. Tak, ci ludzie to bezdomni.

Wątpliwa to przyjemność zostać zamkniętym w jednym pomieszczeniu z kimś, kto od dawna nie dba o higienę. Można tylko zakryć nos kawałkiem kurtki, chusteczki lub szalika i czekać do końca trasy. A czekaniu temu nie będzie końca, na tyle długie stają się wtedy minuty. On zaś,  niby zajmuje jedno miejsce siedzące, a jakby cały autobus dostał na własność. Nikogo obok niego nie ma. Ludzie tłoczą się w przeciwnym końcu pojazdu. Odwracają wzrok jakby ich spojrzenie mogło przefiltrować powietrze. Jednak nie da się czuć oczami.

 

Bezdomny, w takim miejscu jak środek komunikacji miejskiej?

Przyznam, że dziś nie zrozumiałam się z kolegą z pracy. On uparcie bronił bezdomnego, bo jego zdaniem bezdomny to też człowiek i może jest chory, może nie może znaleźć pracy, może taki wybrał los.

Dla mnie ten bezdomny to po prostu „mega egoista”, bo nie dosyć, że pobrudził siedzenia, swoim zapachem zwrócił na siebie uwagę, w stylu „poprzeszkadzam wam trochę” to nie wydał grosza na przejazd. I gdyby go kierowca nie wyrzucił z pojazdu, ten jeździłby autobusem od pętli do pętli do rana.

Jeśli ktoś taki jak on, wybrał los wędrowniczy, to dlaczego korzysta z dobrodziejstw świata, który opuścił? Dlaczego jest jak, ci krytycy WOŚP? Niby nie, ale… Jeśli zaś jest chory, to dlaczego nikt go nie leczy? A praca, są różne prace, od czegoś trzeba zacząć. Nie zawsze można pracować w kwiaciarni, gdzie z każdej strony pachnie fiołkami, czasami trzeba się nachylić po groszaka. Potem grosz po groszu uzbiera się złotówka, dwie, sto…

 

Mój „trzeci dom” z bezdomnym w tle to był koszmar. Taki w progi gość? Nie chciałabym zająć tego samego miejsca co on. Usiąść na cały dobytek jego organizmu począwszy od odchodów, a skończywszy na pasożytach. Człowieka, który się poddał. Który niby żyje i niby jest, niby, tylko na niby.

 

 

Dopóki nie zobaczyłam pijaczka ani bezdomnego, często ryzykowałam siadając w autobusie, dziś obawiam się, że to co kiedyś uznałabym za ryzyko w rzeczywistości uznać powinnam za głupotę. Czy to znaczy, że odnalazłam punkt graniczny? A może raczej ktoś się bardzo postarał, żebym go ujrzała.

ŚNIEŻNIK 8/28

Tak naprawdę żadne zdjęcia nie oddadzą w pełni tego, co można zobaczyć w górach. Jeden kadr to zaledwie wycinek, taki niewielki fragment (do tego te zamieszczane tu przeze mnie, są w mocno zmniejszonej rozdzielczości z racji małej ilości miejsca). Góry mają to do siebie, że całość tworzy klimat: obraz, dźwięk, zapach, kolory, ludzie, pogoda… Wszystko co pod nogami i w zasięgu wzroku…

 

Na Śnieżnik wyruszyliśmy z Międzygórza, ponieważ tam cały czas wisiał nam na liście rzeczy niedokończonych „Wodospad Wilczki”. Podczas ostatniego we wsi pobytu, ze względu na bardzo późną porę niedoobejrzany. Mimo, że oświetlony, w nocy jest jednak kiepsko widoczny. A warto tam zajrzeć, ot choćby ze względu na niesamowite drzewa rosnące w pobliżu wodospadu. Ich korzenie są  pięknie zaplecione w warkocze ręką samej matki natury, tak jakby chciała się pochwalić, że dla każdego znajdzie miejsce w którym będzie wyglądał efektownie.blog149.1 No i oczywiście dla wodospadu.

blog149.2

Na najwyższą górę z Masywu Śnieżnika liczącą sobie 1425 m n.p.m. wchodziłam z dziećmi czerwonym szlakiem. Od wodospadu mięliśmy do przejścia całe Międzygórze. Zajęło nam to ponad pół godziny. Szliśmy asfaltowaną drogą, mijając przydrożne domy mieszkalne, pensjonaty i różnej maści hotele. Z boku, przez cały czas towarzyszyła nam rzeczka „Wilczka”. Pogoda dopisywała, humory też, więc przyjemnie było wędrować.

Wejście na szlak dziki, leśny i w końcu bez samochodów,  było możliwe dopiero za parkingiem, na końcu wsi, co dziwne na mapie tego parkingu nie znalazłam.

blog149.3Z początku droga była szeroka i raczej płaska. Ale to nie trwało długo. Po jakiś piętnastu minutach marszu zaczęła się pół godzinna wspinaczka po terenach wymagających więcej wysiłku: korzenie, kamienie i tym podobne niespodzianki podłoża skutecznie przypomniały nam o tym, gdzie jesteśmy.

blog149.4Potem znowu był kawałek prawie płaski. W końcu jednak szlak nabrał odpowiednich walorów.

blog149.5

Im bliżej Hali pod Śnieżnikiem się znajdowaliśmy, tym ścieżka była węższa. Pod koniec podejścia szliśmy „gęsiego” Jednakowoż im ścieżka była węższa, tym więcej było do obejrzenia pomiędzy drzewami. Coraz piękniejsze oblicza pokazywały góry.

 

Przy „Schronisku na Śnieżniku” musieliśmy zrezygnować z dalszego poruszania się czerwonym szlakiem. Z Hali pod Śnieżnikiem w dalszą drogę wyruszyliśmy zielonym szlakiem, który prowadzi na sam szczyt Śnieżnika.

Począwszy od schroniska, na szczyt wchodziłam niemalże tyłem. Nie mogłam się napatrzeć na to co mam za plecami. Dzieciaki biegały z przodu całkiem pochłonięte chęcią wdrapania się na miejsce docelowe. Tylko, co jakiś czas głośno dzieliły się ze mną swoim zachwytem. A ja? Przez te ponad pół godziny wchodzenia tyłem zasilałam oczy boską energią gór.

Zresztą droga sama w sobie też była bardzo urokliwa i obfitująca w jagodziny.

blog149.6blog149.7

Razem z panoramą tworzyła niepowtarzalne doznania.

blog149.8

I przyznam się, że całość doprowadziła mnie do skrajnej emocji jaką jest wzruszenie.

A na samej górze było bardzo zimno, mimo że to był początek sierpnia. Na krótki rękawek szybko pozakładaliśmy wszystko co dotąd w plecakach nieśliśmy, ale i tak zmarzliśmy. Przez te pół godziny drogi z Hali pod Śnieżnikiem na Śnieżnik pokonaliśmy zaledwie dwieście metrów wysokości, bo z 1218 na 1425, a różnica temperatur musiała być ogromna.

 „.. Śnieg na Śnieżniku utrzymuje się przez ponad 200 dni w roku. Pierwsze opady zdarzają się już w sierpniu…”(http://www.portalgorski.pl/na-szlaku/sudety/leksykon-szczytow/2236-snieznik-leksykon-szczytow-sudeckich 28.X.2016)

Szczyt jest płaski i rozległy. Nagi.

blog149.9blog149.10Znajdują się na nim ruiny dawnej wieży, a właściwie to zwał kamieni.

Z racji, że spłaszczenie kopuły szczytowej ogranicza nieco widoki, w latach 1895-99 Kłódzkie Towarzystwo Górskie wzniosło na szczycie 33,5-metrową kamienną wieżę… Śnieżnickiej wieży nadano imię Fryderyka Wilhelma II. Przy wieży wzniesiono mały drewniany budynek w którym mieścił się bufet i małe schronisko. Po wojnie wieża nie miała jednak użytkownika, co spowodowało jej zniszczenie i dewastację. Ostatecznie narastający problem wieży rozwiązano najbardziej radykalnie- 11.X.1973 r. wysadzono ją w powietrze…” (http://www.naszesudety.pl/snieznik,363.html 28.X.2016)

Jest też punkt triangulacyjny, ławeczki i oznaczenia szczytu. Roślinności  niewiele, ale za to szerokie grono gór sąsiadek dało nam na siebie popatrzeć, bo te kilka chmur co się pojawiło nie lubiło widocznie niskich przestrzeni.

Po pamiątkowej fotografii zeszliśmy na obiad do schroniska „Na Śnieżniku”

„ Na Śnieżniku to jedno z najstarszych schronisk na ziemiach polskich. Szwajcarkę założyła w 1871 roku Marianna Orańska, córka holenderskiego króla. Na jej ziemiach pod Śnieżnikiem założono farmę krów, która stopniowo przekształciła się w pensjonat turystyczny z 50 miejscami noclegowymi i dużą jadalnią. Typowe schronisko wybudował sprowadzony ze Szwajcarii góral, Michał Aegerter. Po wojnie budynek długo stał pusty, dopiero w połowie XX wieku schronisko przejęło PTTK, Właściciele często się zmieniali, dopóki w 1982 roku nie przyjechał tu Zbigniew Fastnacht…” (http://m.wroclaw.wyborcza.pl/wroclaw/1,106542,13145991,Czas_zamrozony_na_Sniezniku_w_jednym_z_najstarszych.html 28.X.2016)

Tam zjadłam chyba najlepszą pomidorową w życiu. Przybiliśmy pieczątki i ruszyliśmy w drogę powrotną. Cały tłum ludzi który przez drogę na szczyt przechodził gdzieś obok nas nagle się rozpuścił. Drogę powrotną mieliśmy więc dla siebie na wyłączność.

Szybko minął nam ten dzień. Kiedy schodziliśmy do Międzygórza już się ściemniało.

W pozytywnych miejscach czas biegnie tak, jakby go ktoś gonił. Zaledwie kończy się poranek a już nastaje wieczór. A potem noc i sny z wierzchołkami w tle :)

SIEDEMNAŚCIE Z DWUDZIESTU

Może istnieje jakieś logiczne wytłumaczenie pytania: dlaczego jeden palacz po wypalonym papierosie bardziej śmierdzi niż inny po wypalonym papierosie? Bo zupełnie nie pojmuję, dlaczego jeden z nich mi nie przeszkadza, a drugiego znieść trudniej. Zapewne… hmm być może to kwestia marki papierosów, ubrania (jego dymochłonności), a może po prostu samego ciała? Jeden organizm bardziej chłonie dym i kumuluje go w sobie a drugi organizm ma jakieś umiejętności ochronne…

 

Od ponad ośmiu lat nie palę papierosów.

 

Co jakiś czas słyszę od kogoś pytanie

- To ty paliłaś???

Jakbym była jedną z tych, które niczego poza zdrowym sokiem ze świeżych owoców w życiu nie próbowały. Oczywiście, że paliłam choć dumy z tego powodu nie czuję.

I wtedy przychodzi mi tłumaczyć, że tak i owszem naście lat się raczyłam Że próbowałam na różne sposoby przestać. Tabletkami super efektywnymi, co efektu nie dawały, landrynkami, których nie przestawałam obracać w ustach zanim mi się szczęka nie przemęczyła. Próbowałam też palić papierosa po kilka machów, nie całego. Chciałam odzwyczaić się, zmniejszając sobie dawkę nikotyny, albo ustalając dłuższe przerwy pomiędzy kolejnymi papierosami. Taki był tego wynik, że zerkałam co rusz na tarczę zegarka, czy minęły dwie godziny? Jeszcze piętnaście minut, cztery, jedna, już… I tak wszystko na nic było. Jedyne na co potrafiłam się zdobyć, to rzucenie palenia przy ciąży, ale potem i tak wracałam do nałogu.

Nie pomagała fachowa literatura. Nie straszne mi były konsekwencje palenia: zdjęcia z gazet, czarne płuca, ludzie z rurkami w szyjach, wypluwacze czegoś niesprecyzowanego, szara cera, żółte zęby i palce…

 

W tamtym czasie najgorsze dla mojej świetlanej wizji przyszłości bez papierosa, były wyznania byłych palaczy.

Miałam pewnego sąsiada. Miły pan, taki zwyczajny. Widział, że często na klatkę schodową wychodziłam posmrodzić. Od słowa do słowa zeszliśmy na temat nałogu.

- Już dziesięć lat nie palę – mówił.

- I nie ciągnie pana, żeby sobie zapalić? – dopytywałam.

- Paaani, były palacz zawsze będzie chciał zapalić, do końca życia. Cały czas mnie ciągnie do papierosów.

Pomyślałam sobie wtedy, że musi być strasznie tak nie palić. Co za męczarnia. Ciągle chcieć i sobie odmawiać. I tak dzień za dniem, godzina za godziną… do końca życia.

 

No ale…

Dożyłam do takiego dnia, nocy, bardziej nocek, w których zaczęłam się budzić tylko po to, żeby zapalić. Już nie rano był czas na pierwszego papierosa, ale o drugiej, trzeciej w nocy. To mnie zaniepokoiło.

W tamtym czasie wiele się u mnie działo. To był taki moment, w którym stary porządek życia się skończył i potrzaskało się wszystko co miało być niezmienne i na stałe. Zadawałam sobie przy tym wiele pytań o zasadność tego i tamtego,  wtedy też…  przestałam palić. 

- Jak rzuciłaś palenie? – spytała mnie kolejna spotkana w ciągu ostatnich lat osoba.

- Jakoś tak wyszło. Dzień przed rzuceniem spaliłam siedemnaście papierosów z paczki, nie zakładałam po raz kolejny, że to koniec, nie delektowałam się kolejny raz ostatnim, pożegnalnym papierosem. Rano obudziłam się z myślą, że rzucam. Od tamtego dnia nie zapaliłam ani jednego. Do końca nie wiem dlaczego akurat wtedy…  chyba żeby rzucić trzeba poczuć się szczęśliwym

 

Dziś nie „przyklejam” się do palących  (tak, jak to robiłam przy kolejnych nieudanych próbach), tylko po to, żeby sztachnąć się rykoszetem, ale i nie przeszkadza mi palący. Może koło mnie siedzieć i palić,  nie czuję żadnej chęci przyłączenia się do niego. Nie wyzywam nikogo palącego, ani nie namawiam do porzucenia zgubnego nałogu. Zwykle mówię tylko raz, że „może przydałoby się rzucić”.

Nie ciągnie mnie do zadymionego pomieszczenia, nie wystaję pod żadnym budynkiem na zimnie zaciągając się półlegalnie, po kryjomu, albo w pośpiechu. Nawet nie pomyślę o tym, żeby zapalić.

Za to cieszę się, że nie muszę wstawać co rano i na początek dnia zastanawiać się czy mam tyle „fajek” ile potrzebuję. Przez fazę ponałogowego obżarstwa przeszłam łagodnie. Mój organizm oczyści się za jakieś siedem lat, bo proces oczyszczania (jak twierdzą badacze) potrwa piętnaście lat. Każdy jeden dzień przybliża mnie do tej czystości. Z każdym dniem tak upragnionej przeze mnie wolności od nikotyny, czuję się szczęśliwsza i szczęśliwsza i jeszcze szczęśliwsza… nie paląc.  

KOWADŁO 6/28 I RUDAWIEC 7/28

Mój pierwszy samotny wyjazd z dziećmi w góry? Hmm… był dziwny, co tu dużo pisać. Nie pamiętam, co dokładnie skłoniło mnie do tego, żeby się wybrać na górzyste południe a nie na pełną morza północ polski. Pewnie po części chciałam uciec przed smutnymi wspomnieniami, a po części zrobić coś nowego, innego i zupełnie nie podobnego do mnie, jako matki. Jakkolwiek spojrzeć na te nasze raczkowanie z górami, jedno jest pewne – tamten wyjazd rozpoczął piękny etap w naszym życiu, etap podróży i przygód. Etap walki z własnymi słabościami, zadziwień i stopniowego odzyskiwania wiary w ludzi.  

Wtedy, a było to w  2013 roku, nie chodziliśmy po górach z dwóch powodów po pierwsze najmłodszy z synów był bardzo mały, po drugie trochę się bałam, że zabłądzę, że to, że  tamto. Zawsze boimy się tego czego nie znamy, a ja z domu rodzinnego nie znałam chodzenia po górach.

Gierałtów Stary gościł nas więc  rzeczką, Strońskim zalewem i piękną pogodą. Dopiero za trzecim przyjazdem w to samo miejsce, do tego samego, sprawdzonego pensjonatu, mieliśmy jasno określone cele, a to dzięki KGP.

 

Pobliska miejscowości Gierałtów Stary, wieś Bielice jest doskonałym punktem do początku wędrówki na dwie góry: Kowadło i Rudawiec. One, jak dwie siostry, są sobie bliskie a jednocześnie tak od siebie różne. Jedna mniejsza, druga większa, jedna dzika a druga łagodna. Tylko matka je łączy jedna, wieś Bielice.

Kowadło to najwyższy szczyt Gór Złotych mierzący 989 m n.p.m. Rudawiec to już Góry Bialskie, a on jako najwyższy ich przedstawiciel pozwolił sobie przekroczyć magiczną wysokość tysiąca metrów i wspiął się do1112 m n.p.m.

Bielice to wieś jakich wiele. Jest droga, przy drodze strumyk, kilka chat, nic co wyróżniałoby ją z tego tytułu, że jest na „skrzyżowaniu” łańcuchów górskich. Tu jest dziko, cicho, spokojnie i pięknie.

 W Bielicach zaparkowaliśmy przy „Chacie Cyborga” (tam można zdobyć stempelek do książeczki KGP). Miła pani w recepcji dała nam mapę i kilka wskazówek, jak znaleźć szczyty, których szukamy. Mapa o tyle dziwna, że zawierała opis szlaku prywatnego, po którym właściciel pozwala poruszać się turystom. No, co góra to jakaś nowość.

blog147.1Wędrówkę rozpoczęliśmy prywatnym, czarnym szlakiem.

blog147.2

Podążaliśmy nim przez Barani wąwóz…

blog147.3… w kierunku przełęczy na granicy polsko-czeskiej w Górach Złotych, bo właśnie tam należy zejść na zielony szlak.

blog147.4

Tu Czesi mają swój żółty szlak a my swój zielony, które biegną praktycznie obok siebie, aż do szczytu polskiego Kowadło, czeskiego Kovadlina.

blog147.5blog147.6

Sam szczyt może i nie zachwyca, bo widoków z wysokości jest mało…

blog147.7

 …ale za to jaka malownicza jest trasa wokół szczytu.

blog147.8

Idąc dalej zielonym szlakiem, zgodnie z planem zaszliśmy na chwilę do Bielic. We wsi podążaliśmy wzdłuż drogi, mijając klika chat, mostek, stawek, i… nie bacząc na mgłę osadzającą się na nas kropelkami coraz gęściej i częściej, odbiliśmy na Rudawiec.

Najpierw było mocno pod górkę

blog147.9

potem błotniście, bo po nocnej ulewie.

blog147.10

Czuliśmy, że mgła depcze nam po piętach. Na naszych oczach zagarniała coraz to nowy wycinek lasu i rozlewała się po nim. Zupełnie jakby matka natura wypuszczała z komina dym. W pewnym momencie „zostaliśmy otoczeni”. Wszystko wokół stało się niewyraźne.

blog147.11

I myślałam, że już piękniej być nie może, ale się pomyliłam. Bo po przekroczeniu tego oto miejsca

blog147.12

zrobiło się po prostu bajkowo.

Każde drzewo, które się kiedyś, z jakiegoś powodu przewróciło, leżało tam gdzie zakończyło żywot, każde któremu piorun przyciął koronę, stało takie niepełne.

blog147.14

Ścieżki były wąskie i niezbyt uczęszczane. Raz był jasny, zielony las z jagodzinami i iglakami a zaraz potem wchodziło się w mroczne ostępy. Mgła potęgowała każde z moich doznań estetycznych. Byłam w siódmym niebie. Powalił mnie ten szczyt. I choć wilgoć dawała się we znaki nie narzekałam na nią specjalnie, bo wiedziałam, że to właśnie ta wilgoć dała mi najcudniejszy (jak dotąd) spacer po górach.

blog147.13

Przy Iwince

blog147.15

znowu szlak polski i czeski zaczyna biec niemal równolegle. Czeski na Polską Horę a nasz na szczyt Rudawca.

blog147.16

Jak już się się nań wdrapaliśmy dochodziła godzina osiemnasta. Coraz mocniej padało, co wskazywało na to, iż czas opuścić bajkę.

Kiedy zeszliśmy do Bielic z lekko zachmurzonego wczesno- popołudniowego nieba nie pozostało nic. Lało niemiłosiernie, a szczyty gór całkowicie okryły się mgły białą kołderką. Wyglądały… nie, prawie wcale spod niej nie wyglądały. Schowały się i kazały sobie nie przeszkadzać…    

TERAZ MY

Minęło trzy i pół roku. I właściwie to lata nadal mogłyby się zaczynać i kończyć  i nic nie musiałoby się zmieniać, nic, absolutnie nic w tej sferze. Mogłabym wstawać powolutku z nóżki na nóżkę, nie spiesząc się nigdzie i  kłaść się spać kiedy zechcę o dziewiętnastej o północy…

Ale nie, ale nie taki ma być koniec.

 

Pewnego pięknego dnia postanowiłam, że zaadoptuję, co już czyjeś było i zaopiekuję się tak, jakby nigdy nie było czyjeś, bo jednego byłam pewna, że jeśli jeszcze kiedyś będzie ze mną mieszkał, to nie będzie to nówka sztuka, prosto z rozmnażalni zwanych hodowlami. Wezmę to, co zostało skazane na bycie na krawędzi, na tułaczkę od drzwi do drzwi w poszukiwaniu własnego kąta i miski. Nigdy takiego nie miałam „psa z drugiej ręki”. To się wiąże z pewnym ryzykiem, ale przecież w życiu chodzi właśnie o to, żeby sobie podnosić poprzeczkę wyżej a nie opuszczać niżej.

No i stało się, mamy w domu takiego. Od dwóch tygodni jest z nami. Wymarzony prezent imieninowy dla syna, ale i przyjaciel całej rodziny.

 

Kiedy co rano słyszę jej kroki, jej pazurki na panelach czy płytkach, to przypominają mi się ostatnie miesiące życia poprzedniego psa. Za każdym razem kiedy wstał z legowiska to sikał. W środku nocy czy nad ranem, nie wytrzymywała. Najpierw słyszałam jak się porusza, a potem wodę lejącą się na twardą powierzchnię. Dźwięk taki, jakby ktoś odkręcił kran. Bardzo często nie zdążyłam jej wyprowadzić na spacer i denerwowałam się strasznie z tego powodu, że w kółko musiałam sprzątać. Trauma mi pozostała, ale i poczucie winy, że może mogłam zrobić coś inaczej, coś więcej niż robiłam. Zresztą wtedy wszystko w moim życiu się na siebie nałożyło i odwróciło do góry nogami, tyle rzeczy na raz… zdecydowanie za dużo.

 

Ma półtora roku. Jej poprzedni właściciele oddali ją, bo gdzieś wyjeżdżają, bo mają za małe mieszkanie… a dlaczego naprawdę? Kto to wie? Przez chwilę już gdzieś była, ale nie pasowała komuś i oddał ją z powrotem. Tak więc jak przedmiot przechodziła z rąk do rąk. Nie wnikam, staram się nie oceniać dlaczego? Kwestię sumienia też zostawiam, nie moje to sumienie żebym je brała w ręce i oglądała z różnych stron.  Zapewne prędzej czy później sunia wylądowałaby w schronisku, bo jeśli ktoś jest zdecydowany to odda psa tak, czy inaczej.

No ale… na początek zmieniłam jej imię. Nie pasowało mi do niej poprzednie. Trochę się poczułam jakbym zmieniła jej cały świat, jej pole energetyczne. Ale za każdym razem, kiedy na nią spojrzałam myślałam o tym, że ten pies nie miał łatwo, przynajmniej ostatnio  i że trzeba coś zmienić, żeby przerwać krąg odrzucenia. Ślęcząc w pracy, gdzieś pomiędzy łykiem kawy i cięciem wizytówek, a łykiem kawy i bigowaniem zaproszeń na coś tam, pomyślałam nagle „Wiza” i tak już zostało. Nasza Wiza.

blog146W związku z Wizą jestem pełna pozytywnych emocji. Obserwuję ją każdego dnia i każdego dnia jestem pod większym wrażeniem. Zaakceptowała nas niemal od razu. To młody, jeszcze gapowaty, zdrowy, zadbany pies. Nauczony załatwiania się poza mieszkaniem. Nie próbuje spać z nikim na łóżku. Nie „sępi” jedzenia w porze naszego posiłku. Akceptuje wszystkie zwierzęta domowe, łącznie z kotami. Tylko z psem mojej siostry jeszcze się nie dogadała. Na spacerze nie rzuca się na ludzi, ani na psy, które  tuż przy płocie pilnują swojego terenu. Widać, że ktoś dużo czasu poświęcił na jej wychowanie.

Teraz nasza kolej, teraz my.