TERAZ MY

Minęło trzy i pół roku. I właściwie to lata nadal mogłyby się zaczynać i kończyć  i nic nie musiałoby się zmieniać, nic, absolutnie nic w tej sferze. Mogłabym wstawać powolutku z nóżki na nóżkę, nie spiesząc się nigdzie i  kłaść się spać kiedy zechcę o dziewiętnastej o północy…

Ale nie, ale nie taki ma być koniec.

 

Pewnego pięknego dnia postanowiłam, że zaadoptuję, co już czyjeś było i zaopiekuję się tak, jakby nigdy nie było czyjeś, bo jednego byłam pewna, że jeśli jeszcze kiedyś będzie ze mną mieszkał, to nie będzie to nówka sztuka, prosto z rozmnażalni zwanych hodowlami. Wezmę to, co zostało skazane na bycie na krawędzi, na tułaczkę od drzwi do drzwi w poszukiwaniu własnego kąta i miski. Nigdy takiego nie miałam „psa z drugiej ręki”. To się wiąże z pewnym ryzykiem, ale przecież w życiu chodzi właśnie o to, żeby sobie podnosić poprzeczkę wyżej a nie opuszczać niżej.

No i stało się, mamy w domu takiego. Od dwóch tygodni jest z nami. Wymarzony prezent imieninowy dla syna, ale i przyjaciel całej rodziny.

 

Kiedy co rano słyszę jej kroki, jej pazurki na panelach czy płytkach, to przypominają mi się ostatnie miesiące życia poprzedniego psa. Za każdym razem kiedy wstał z legowiska to sikał. W środku nocy czy nad ranem, nie wytrzymywała. Najpierw słyszałam jak się porusza, a potem wodę lejącą się na twardą powierzchnię. Dźwięk taki, jakby ktoś odkręcił kran. Bardzo często nie zdążyłam jej wyprowadzić na spacer i denerwowałam się strasznie z tego powodu, że w kółko musiałam sprzątać. Trauma mi pozostała, ale i poczucie winy, że może mogłam zrobić coś inaczej, coś więcej niż robiłam. Zresztą wtedy wszystko w moim życiu się na siebie nałożyło i odwróciło do góry nogami, tyle rzeczy na raz… zdecydowanie za dużo.

 

Ma półtora roku. Jej poprzedni właściciele oddali ją, bo gdzieś wyjeżdżają, bo mają za małe mieszkanie… a dlaczego naprawdę? Kto to wie? Przez chwilę już gdzieś była, ale nie pasowała komuś i oddał ją z powrotem. Tak więc jak przedmiot przechodziła z rąk do rąk. Nie wnikam, staram się nie oceniać dlaczego? Kwestię sumienia też zostawiam, nie moje to sumienie żebym je brała w ręce i oglądała z różnych stron.  Zapewne prędzej czy później sunia wylądowałaby w schronisku, bo jeśli ktoś jest zdecydowany to odda psa tak, czy inaczej.

No ale… na początek zmieniłam jej imię. Nie pasowało mi do niej poprzednie. Trochę się poczułam jakbym zmieniła jej cały świat, jej pole energetyczne. Ale za każdym razem, kiedy na nią spojrzałam myślałam o tym, że ten pies nie miał łatwo, przynajmniej ostatnio  i że trzeba coś zmienić, żeby przerwać krąg odrzucenia. Ślęcząc w pracy, gdzieś pomiędzy łykiem kawy i cięciem wizytówek, a łykiem kawy i bigowaniem zaproszeń na coś tam, pomyślałam nagle „Wiza” i tak już zostało. Nasza Wiza.

blog146W związku z Wizą jestem pełna pozytywnych emocji. Obserwuję ją każdego dnia i każdego dnia jestem pod większym wrażeniem. Zaakceptowała nas niemal od razu. To młody, jeszcze gapowaty, zdrowy, zadbany pies. Nauczony załatwiania się poza mieszkaniem. Nie próbuje spać z nikim na łóżku. Nie „sępi” jedzenia w porze naszego posiłku. Akceptuje wszystkie zwierzęta domowe, łącznie z kotami. Tylko z psem mojej siostry jeszcze się nie dogadała. Na spacerze nie rzuca się na ludzi, ani na psy, które  tuż przy płocie pilnują swojego terenu. Widać, że ktoś dużo czasu poświęcił na jej wychowanie.

Teraz nasza kolej, teraz my.

JAGODNA 5/28

…W roku 1473 po okresie długiej suszy wybuchł olbrzymi pożar, który przez sześć tygodni trawił lasy Gór Bystrzyckich. Prawdopodobnie po tym wydarzeniu użyto po raz pierwszy nazwy Spalona na określenie terenu, gdzie znajduje się obecnie wieś… (spalona.pl 16.08.2016)

blog145.1Ten kamień dał mi do myślenia. Pewnie dlatego, że nie rozumiem tamtejszej mentalności, zwyczajów, być może kultury… a może jeszcze czegoś innego. Brand jest dawną nazwą Spalonej, niemiecką nazwą. Samo słowo Brand z języka niemieckiego oznacza pożar i rdzę. Wygląda na to, że Spalona to jest ta sama wieś co Brand. Jak więc mogli się spotkać byli mieszkańcy i obecni? Mały krok w zaświaty? Nie… chyba nie.  

 

Wędrówkę na Jagodną, na królową Gór Bystrzyckich mierzącą sobie 977 m n.p.m, można rozpocząć z przełęczy Spalona. Przy schronisku „Jagodna” biegnie niebieski szlak. Na jego początkowych metrach, z boku drogi stoi powyższy kamień upamiętniający spotkanie, którego nie rozumiem. Po drugiej stronie drogi pasą się młode barany, dorosłe owce, bywa, że i ciężarne, ale też nie brak tam jagniątek. To taki wyselekcjonowany przez hodowcę przekrój owczego społeczeństwa.

blog145.2Jako, że pogoda była łaskawa, a nogi zmęczone wielogodzinną jazdą samochodem wymagały ruchu, pomimo późnej pory postanowiłam wybrać się z dziećmi na szczyt Jagodnej. Szlak prowadzący do niej nie jest wymagający. Bardzo szeroka droga, bez znaczących przewyższeń. W sam raz na wieczorny spacer z rodziną.

blog145.3Bywało, że niebieski znaczek wiódł nas w las. I to były najbarwniejsze odcinki drogi, takie, ku naszej uciesze.

blog145.4Wędrując nimi, bez żadnego wysiłku, ani specjalnych zabiegów można było co kilka kroków skubnąć jagódkę. A i cudaki się zdarzały, jak choćby  ropucha, która nie była szczególnie zadowolona ze spotkania z nami. Na wszelki wypadek wolała więc udawać trupa, ale gdy tylko przestąpiliśmy od niej kilka kroków, ona czym prędzej czmychnęła w trawę i tyle ją widzieliśmy. Cwana to bestia. No ale przecież, nie można się jej dziwić. Jeszcze nieopatrznie ktoś mógłby ją wziąć za księcia i obcałować nie bacząc na jej wolę. A to mogłoby nie być dla niej przyjemne.

Wracając do tematu, szlak jednak szybko wydostawał się z lasu i na powrót wskazywał nam szeroką drogę. A idąc nią co kawałek mijaliśmy ambony. Doskonale zachowane. Relikty przeszłości to, czy może nadal użyteczne obiekty? Trudno stwierdzić.

Na ostatnią z ambon weszliśmy. Na chwilę, tak dla tradycji, bo chyba wszyscy zdobywcy Korony Gór Polski zaglądają do jej środka. To była ambona szczytowa. Jest na niej tabliczka z nazwą szczytu i jego wysokością.

blog145.5

 

Wędrówka od schroniska do szczytu Jagodnej zajęła nam półtorej godziny, łącznie z postojami przy jagodzinach. Widoków w najwyższym punkcie góry brak, nawet z ambony. Po drodze zresztą też niewiele ich było. Czasem pojawiał się prześwit pomiędzy drzewami i wtedy można było choć trochę nacieszyć oczy panoramą.

Po powrocie do schroniska PTTK „Jagodna” wbiliśmy w książeczki pamiątkową pieczątkę i spróbowaliśmy specjałów tamtejszej kuchni. Racuchy z jagodami i śmietaną… pycha.

blog145.6Potem jeszcze tylko partyjka warcab na oryginalnej planszy. I nastał koniec dnia.

blog145.7

 

 

Wszystko tam było jagodowe:  szczyt, schronisko, owoce leśne… I jak się później okazało nawet sny tamtej nocy miałam jagodowe ;)

WALIGÓRA 4/28

Waligóra jest najwyższym szczytem Gór Suchych i całych Gór Kamiennych. Czwarta cegiełka – 936 m n.p.m. do Korony Gór Polski.

 

W krajobrazie Gór Suchych dominują bardzo strome stożki i kopuły, które połączone ze sobą podstawami, tworzą grzbiety. Rozdzielają je głęboko wcięte, długie doliny, również o stromych zboczach. Ze względu na specyfikę podłoża, są one często suche (stąd „Góry Suche”)… Szlaki turystyczne prowadzą tutaj często wprost po linii grzbietu, co powoduje, że droga składa się niemal wyłącznie z bardzo stromych podejść i zejść, z minimalną ilością odcinków płaskich. Stromość szlaków nierzadko przekracza 30%, co jest nachyleniem bardzo dużym i sprawia, że po dłuższych opadach deszczu lub w zimie niektóre szczyty stają się niemal nie do zdobycia.( http://dolnoslaskie.naszemiasto.pl/artykul/gory-suche-sudeckie-tatry,133211,art,t,id,tm.html 27.07.2016)

blog144.8

 

Dziwne to góry, niskie, ale z charakterem. Nie wolno ich lekceważyć. Zbyt wysoko uniesiony nos? O nie, to nie w tych górach. W tych górach patrzy się pod nogi i stąpa się ostrożnie. Z szacunkiem dla matki natury, która jak nikt inny ma sposoby na zrobienie lekcji pokory dla opornych.

Po przeprowadzeniu małego rozpoznania byłam pewna, że nie chcę iść żółtym szlakiem z Andrzejówki. Słyszałam bowiem o tym, że to bardzo strome podejście, choć ekspresowe. W dwadzieścia minut można się dostać na sam szczyt. Akurat tamtego dnia byłam tak wymęczona, że spacerowy szlak byłby dla mnie najodpowiedniejszy. Ale, jak to w życiu bywa, nie zawsze możemy mieć to, co chcielibyśmy mieć.

 

 

Żeby iść łatwiejszym szlakiem na Waligórę, z Andrzejówki mieliśmy iść żółtym szlakiem żeby dojść do innego bodajże niebieskiego. Ale my tym szlakiem poszliśmy dalej i zamiast wejść na szlak, który miał nas doprowadzić do jakiegoś tam innego koloru, my weszliśmy na ten żółty, którego chciałam uniknąć. Do teraz nie rozumiem na jakiej to tam działa zasadzie.blog144.1

 

Początkowo żółty szlak wyglądał dosyć niewinnie.

blog144.2Kiedy się zorientowałam, że to ten szlak, którego chciałam uniknąć byłam już w mniejszości. Obok mnie trzech synów stało z takimi wielkimi uśmiechami na ustach na widok  stromego podejściu, że moja odmowa połamałaby im chyba serca.

Przemknęło mi tylko przez myśl „no dobrze, zróbmy to” i wyruszyłam trochę grymasząc, ale ten grymas to bardziej na pokaz był, bo przecież wyzwania kształtują charakter. A ja lubię wyzwania tylko czasami trudno mi porzucić swoją wolę pierwotną na forum publicznym.

blog144.3

Waligórę zdobywa się dosłownie po czterech. Miejscami nie ma innego sposobu. Dlatego tu nos trzeba jak pies trzymać przy ziemi i kłaniać się po stokroć i wyciągać dłoń do każdego korzenia, tak, to nie żart.

blog144.4blog144.5

Szłam jako ostatnia z myślą, że w razie czego będę młodych łapać, jeśli któryś się poślizgnie. Było trudno, a małe kamyszki wcale mi nie ułatwiały wejścia. Przytrzymywałam się trawy, iglastych przyjaciół, najmniejszych gałązek. I myślałam „nie, to się nie dzieje”. Szłam ledwo żyjąc, zadając sobie przy tym pytanie o własną normalność. Szłam zastanawiając się nad tym, dlaczego mnie nie rajcują chipsy, cola i telewizor w jednym. Co ja tutaj robię? Taka stara a taka… oderwana od społeczeństwa.

blog144.6Odpowiedź znalazłam na szczycie. Po raz kolejny stanęłam tam, gdzie wielu nigdy nie dotrze. Jednemu przeszkodzi brzuch, drugiemu szpilki, trzeciemu lenistwo a co pozostałym? Nie wiem.

blog144.7

Podziękowałam matce naturze, za to, że pozwoliła nam tam wejść. I zeszliśmy, nie kusząc losu tym drugim żółtym szlakiem. Fakt, szło się dłużej, ale na pewno bezpieczniej, a emocji miałam już dosyć jak na jeden dzień. Idąc po drodze oglądaliśmy piękno okolicy: potężne  drzewa, ale i ich wywroty czyli drzewa wyrwane, najprawdopodobniej przez wiatr.

blog144.9 blog144.10

W schronisku „Andrzejówka” była pieczątka. Średni syn zniecierpliwiony oczekiwaniem podszedł do jakiegoś imć opiekuna wycieczki, który tych pieczątek w książeczkach stawiał dużo. Poprosił go o tą pieczątkę. Tu, jak się nie podniósł od siedziska jegomość rosły, jak nie zaczął młodemu słodzić:

- E… ty to gość jesteś, my też zdobywamy koronę ja i dzieciaki. A koszulkę masz? My za każdym razem, gdy wejdziemy na szczyt, to wszyscy zakładamy koszulki klubowe i robimy sobie takie zdjęcie zbiorowe – opowiadał nieznajomy.

Opowiadając wyciągnął do młodego dłoń, żeby mu ją uścisnąć w geście aprobaty. Kilka razy przy tym powtarzając, mu że on to jest gość, bo zdobywa Koronę. Urósł mi syn od tych komplementów o kilka centymetrów jak nic. I do tego pieczątkę zdobył, dla siebie i dla nas wszystkich.

 

Waligóra, i cóż, że nie ma o niej legend, historycznych przysmaków, ezo-powiązań ani innych tego typu ciekawostek. Wchodząc żółtym szlakiem, każdy jest zdany sam na siebie. A na szczycie nie ma żadnych widoków, bo szczyt jest całkiem porośnięty. Jednak dla mnie ta góra jest wielka, bo uczy zaufania do siebie, do innych, bo daje nagrody… takie małe, ale jakże wielkie. Kilka ciepłych słów, miłe spotkania…zadowolenie.

WIELKA SOWA 3/28

Góry Sowie uznane są za najstarsze góry w Polsce. Najwyższy ich szczyt to Wielka Sowa mierząca 1015 m n p m.

 

Nazwa Gór Sowich podobno nie ma nic wspólnego z sowami. Istnieją tylko przypuszczenia i legendy co do pochodzenia nazwy. Mi najbardziej podoba się ta legenda, w której pewien człowiek miał siedem urodziwych córek, ale nie chciał, żeby poszły za mąż za byle kogo. Córki, za sprawą czarów wymykały się z domu zmienione w zwierzęta. Ojciec też skorzystał z mocy tajemnych, żeby je gonić. Zmieniał się w zwierze, które było w stanie dogonić zwierzo-córki. Za trzecim razem zmiana była nieodwracalna. One zmieniły się w zająca, ojciec w jastrzębia. One zmieniły się w sarny, ojciec w wilka. One zmieniły się w sowy… i już tymi sowami zostały. Zamieszkały w górach, które nazwano Górami Sowimi.

 

 

Obawiałam się wyjazdu majowego ze względu na to, że w trakcie przypadnie mi dzień pierwszo majowy. A wiadomo, że wtedy niewiele sklepów i jadłodajni jest otwartych. Zastanawiałam się, jak zdobędziemy pieczątkę z jakiegokolwiek szczytu. I, gdy się tak zastanawiałam jakimś trafem weszłam na stronkę o górach Sowich. Wyczytałam informację o tym, że co roku pierwszego maja organizowana jest majówka, która symbolicznie otwiera sezon turystyczny w Górach Sowich. Można zdobyć Wielką Sowę w towarzystwie zrzeszonych osób i przewodnika, a ten jak wiadomo może potwierdzić zdobycie góry wystawiając w książeczce niezbędną adnotację. Zadzwoniłam, zapytałam i zarezerwowałam miejsca dla siebie i dzieci.

Wielką Sowę zdobywaliśmy w grupie nieznanych nam osób, które okazały się bardzo miłym towarzystwem. Zadbali o nas. Do dziś ciepło ich wspominam.

 

Wyruszyliśmy z Przełęczy Jugowskiej.blog142.1Poruszaliśmy się żółtym szlakiem bardzo przyjemnym zresztą, wręcz spacerowym. Po drodze mijały nas spore grupy turystów pieszych i rowerowych.blog142.3blog142.4Wszyscy zmierzali na Wielką Sowę. Tam była impreza.

Dotarliśmy na szczyt tuż przed oficjalnym „rozpoczęciem sezonu”. Dzięki czemu udało nam się jeszcze wejść na wieżę widokową. W niej to podbiliśmy książeczki KGP.

blog142.5A z góry mogliśmy nacieszyć oczy panoramą, ale też i popatrzeć z wysokości na uwijających się współuczestników imprezy.blog142.6blog142.7Cały czas przygrywał lokalny zespół „Bieguni”. Potem nastąpiło uroczyste przecięcie wstęgi. Kto był głodny mógł się posilić bigosem czy grochówką. Albo sam sobie upiec kiełbasę w zbiorowych ogniskach.blog142.8blog142.9No ale, nic co dobre nie trwa wiecznie. Trochę się ochłodziło co oznaczało, że najwyższy czas wracać. Z Wielkiej Sowy przez schronisko „Sowa” udaliśmy się do prześlicznej miejscowości Sokolec, jedynym w Polsce fioletowym szlakiem.

blog142.11Widoki przepiękne, boskie powietrze i wspaniali ludzie. Tam warto pojechać szczególnie na majówkę…

34 STOPNIE CIEPŁA

W upalne dni wielkomiejskie życie tętni na basenach. Szczególnie lubiane są te odkryte. Tam dostępne jest  i słoneczko i woda i żarcie (przyniesione z domu w wielkich torbach) i fajki… a w krzaczorach, gdzie jakość użytkowników jakby spada, kwitnie spożycie napojów nisko-alkoholowych przemycanych w skarpetkach.

Niemniej jednak, basen fajny jest. Można się na przemian to podsmażyć, to ochłodzić. Ale  też i posprzeczać z sąsiadem zza koca, ręcznika lub leżaka, i to nie o byle co, bo o dym papierosowy, nietrafione do kubła śmieci a nawet o rzucanie cienia i kradzież dmuchanej piłki.

Tak, basen to barwne miejsce. Piękne panie, przystojni panowie, wszędobylskie dzieci… Nie wiadomo na czym zaczepić oko, nos albo ucho.

 

Popularna „Chwiałka” – basen na który przychodzą całe pokolenia. W zeszłym roku obchodziła 50-cio lecie swojego istnienia. A w tym roku 25 czerwca 2016 roku pochwaliła się odnowionym basenem dla milusińskich, czyli brodzikiem.

blog141a

Cudeńko. Tu jakiś kwiatek sika wodą, tam jakiś wąż pluje. W kółkowym tunelu jest delikatny natrysk, a te wiaderka, trzy kolorowe wiaderka,  wiszące na słupie zbierają wodę z mini kranu a kiedy się napełnią po brzegi to wylewają całą swoją zawartość na tylko na to czekających sympatyków. Kubeł wody dobrze im robi.

Ale tu muszę się zatrzymać na moment.

Za swoim siedmiolatkiem poszłam w te ostępy brodzikowe. Na pierwszej płaszczyźnie jest głębokość piętnaście centymetrów. Druga, to woda sięgająca dorosłemu do kolan. Kiedy podziwiałam mojego najmłodszego z płycizny do części głębszej, tuż obok mnie przedzierała się kilkuletnia dziewczynka, za nią niezdarnie szedł jakiś niespełna roczniak. Dla tego chłopca woda okazała się być bardzo głęboka. Wpadł na samo jej dno. Myślałam, że tak ma być, że ta młoda dama obok to jego siostra, a on nie pierwszy raz nurkował, że to stały fragment zabawy pomiędzy rodzeństwem. Trwało to wszystko chwilę. Młody wstał, a dziewczynka się ulotniła. Teraz dopiero zaczął się ryk. No tak, to był wypadek. Z kobietą obok zaczęłyśmy rozmowę:

-To pani dziecko? – zagadała mnie

-Nie – odparłam zdziwiona

-A czyje to dziecko?

-Nie wiem

-Wyciągnijmy go – zaproponowała

Zdążyłyśmy go wyciągnąć z wody, a zjawiła się szanowna matka z drugim u boku synem, mniej więcej ośmiolatkiem. Przy nas wyzwała starszego, że go nie pilnował i zabrała malucha nawet nie odezwawszy się do nas w podzięce za wyciągnięcie malucha z wody.

Ratownik nic nie widział, może „bajery” zasłaniały, siedział przecież po drugiej stronie basenu. Do tego duża ilość ludzi, zaciemniała mu a właściwie jej, bo to była ratowniczka, obraz. Mało brakowało, a by się dziecko w brodziku utopiło. Tym bardziej, że do brodzika i kilkunastolatkowie wchodzili, robiąc swoją obecnością niezły zamęt, popychali się i lądowali tyłkami w wodzie. W tym rozgardiaszu każdy rodzic pilnował własnej pociechy, a taki pozostawiony sam sobie mógłby kiepsko skończyć, bo oni bawili się nie zważając na młodsze dzieci, aż mi dziwnie było im tłumaczyć, żeby się rozejrzeli, że tu są malutkie dzieci. Jak to? Rodzice im nie wytłumaczyli jak kruche jest życie?

 

Po brodziku jest basen średni o głębokości 0,8 do 1,1 ze zjeżdżalnią. W tym basenie jest dosłownie wszystko: młodzi i starzy, pływający i nie potrafiący wcale. Piłki, koła ratunkowe i dzieci skaczące na głębokość 1,1 metra. blog141b

Stamtąd trafiamy już tylko na duży basen, gdzie gruntu jest niewiele. Dzikusów jest za to pod dostatkiem. Ale cóż, młodość swoje prawa ma. To kolegę trzeba wrzucić, to koleżankę. A i samemu wypada sobie ochłodzić ciało. Jeden robi salto w tył, drugi skok do przodu, trzeci na bombę. Ten teren jest zdecydowanie najtrudniejszy do upilnowania przez ratowników. blog141c

 

Tymczasem minęła godzina czternasta i trzeba było opuścić sąsiadów basenowych, aby udać się w stronę telewizora. Wszak o piętnastej był mecz Polska-Szwajcaria.

Jadąc samochodem dyskutowaliśmy o wrażeniach z basenu.

-A koło mnie leżała baba w stringach – zaczął niespełna jedenastolatek – i miała takie rozłożone nogi.

Tu pokazał kąt 45 stopni.

-Widziałeś coś? -  zapytałam.

-No, to było okropne- ciągnął.

Przez myśl przeszło mi jedno, ale…

-Widziałeś włosy?

-No

-Jakie były

-Różowe

Różowe? Jak to różowe? Jakaś nowa moda? To już i farbuje się włosy łonowe? Czego to ludzie nie wymyślą. Jest widać jeszcze wiele nie odkrytych dróg i miejsc do popisów. Kolczyki, tatuaże a teraz… farbowanie?

-Jak to różowe? Wyłaziły jej różowe włosy? – pytałam nie mogąc uwierzyć.

-Nie tam, na głowie miała różowe włosy.

 

Wizyta na basenie. Jej  uroki. Dobrze, że w końcu zaczął się mecz i można było zakończyć temat basenu… 34 stopnie ciepła, wszystkim dały się we znaki.

LECZ Z SERCA NIGDY

Dziś jest jeden z tych dni, które nie wiem za bardzo jak powinnam obchodzić. Niby jest święto, niby każdy powinien na nie zareagować. Ale jak tu zareagować? No jak?

 

Cały dzień starałam się przejść obok niego tak, żeby mnie nie dotknął. Ot obserwowałam. Uśmiechałam się do śmiesznych zdjęć na profilach fb i życzeń w radiu. Już  jakiś czas temu podjęłam decyzję, o tym żeby cieszyć się ze szczęścia innych, bo wtedy jest przyjemnie tam w głębi. Omijałam więc te wszystkie notki o złych tatusiach porzucających swoje dzieci. Co mi po takiej zgryzocie wylewanej wiadrami. Ona ciepła nie daje, ale jak lodówka utrzymuje niską temperaturę w sercu.

 

No, ale jakoś się nie uchowałam do nocy, bo mnie wieczorem pognało na cmentarz. Tak, to na cmentarzu jest ostatnie co mi po nim na świecie zostało. Tabliczka: imię, nazwisko, data urodzin i zgonu.

Mimo późnej pory było dużo ludzi w różnym wieku. Niektórzy się rozsiadali ma ławeczce i milczeli, po prostu milczeli. Inni przyszli w towarzystwie:

 

-We wrześniu miał imieniny, to zawsze przychodzę i przynoszę mu jedną różyczkę, tak od lat….- przechodząc usłyszałam kawałek rozmowy starszej kobiety z kimś siedzącym z nią na ławeczce.

 

Stanęłam w końcu nad pomnikiem ojca i myślałam. Myślałam nad wieloma rzeczami. Na przykład nad tym dlaczego na nagrobku nie jest standardowy napis jak u innych: „Ave Maria”, „ Jezu ufam Tobie” i takie tam. U mojego ojca jest napis:

 

„Zniknąłeś nam z  oczu lecz z serca nigdy”

 

Lecz z serca nigdy…

Tyle lat. Przecież ja dziś jestem o wiele lat starsza niż on, kiedy umarł. Pamiętam go jak przez mgłę, kilka scen a może i one się nie zdarzyły, kto to wie? Pamiętam, że kiedy umarł coś się we mnie zmieniło. Pewnego dnia spojrzałam w lustro i stwierdziłam, że wcale nie jestem kimś wyjątkowym. Dziwne, że do tamtego dnia byłam o tym święcie przekonana.

A potem…

 

Trudno jest być dziewczynką, a i później nawet kobietą pozbawioną tej ważnej osoby. Trudno jest nie usłyszeć tych wszystkich słów, które powinno się było usłyszeć. Nie było go przecież kiedy świat budował mi poczucie wartości. Nie było go obok, żeby mi powiedział coś wartościowego, przekazał tak zwaną życiową mądrość. Albo połaskotał moje ego jaka to jestem mądra albo coś podobnego. Nie było go wtedy, kiedy zakładałam mini spódniczkę, nie mógł mnie ostrzec, że przyciągnę takiego męża jaki nie doceni niczego poza tymi nogami. Nie było go, nie było.

 

Jak więc powinnam obchodzić takie święto?

 

Samolocik z papieru, pełen życzeń nie doleci do gwiazd. Zresztą to byłby banał, bo czego życzyć komuś kogo się nie zna, komuś kto nie żyje?

 

W taki dzień choć idę na cmentarz, to idę podziękować za życie, za to, że jestem tu. Święto Ojca to dla mnie święto życia… święto drugiej szansy.         

NO TO… ZDROWIE!

Co rusz słychać, że kolejna osoba. Potem jest przerwa. I znowu. Jak nie huknie?! Tak, to następna przeszła na drugą stronę. Przez cały rok. Jak nie blisko to daleko, jak nie głośno to cicho. Ale po kolei każdego to czeka, każdego, dla którego rok 2016 jest tym magicznym rokiem podsumowań.

 

Ja co prawda mam jeszcze trochę czasu. Kilka miesięcy, kilkadziesiąt, no,  trochę więcej dni. Jednakowoż znam datę przejścia i powiem szczerze -  cieszę się na to wydarzenie. Pierwszy raz w życiu autentycznie się cieszę na ten dzień. Wcześniej wszystkiego było mi albo za mało, albo za dużo. Może się to komuś wydać dziwne, szczególnie w przypadku kobiety. No ale…

 

Dziesięć, piętnaście, dwadzieścia – to za mało. Dwadzieścia pięć, trzydzieści, trzydzieści pięć – to za dużo. Dopiero czterdzieści to ta magiczna liczba równowagi. W czterdziestce można by umrzeć, bo wszystko w niej jest idealne, takie okrągłe. Dlatego, że przez samego posiadacza wieku stworzone.

 

Dziś mam tyle obowiązków ile potrzebuję. Ile zdołam całym swoim jestestwem dać i przyjąć. Sama sobie dobieram to coś z boku, coś co zwą pasją. Czyli to, co nie przynosi mi nic, poza zadowoleniem.

Wszystko co robię kształtuje mnie tak, jak chcę być ukształtowana. Wiem już, że ważne jest rozdzielenie tego, czego ode mnie wymaga świat cały, od tego czego ja wymagam od niego. To tak, jakbym znalazła swoją uliczkę do domu. W całym tym gąszczu ulic, gdzie każda dokądś zmierza, ja odnalazłam swoją, która mnie prowadzi do spokoju i jest tylko moja i jest bardzo ukryta przed światem. Owszem muszę światu oddać co ze świata biorę, ale potem jestem już tylko dla siebie. I to jest właśnie ten rozdział. Mam prąd, wodę, ubikację, plastikową śniadaniówkę, koronkowy stanik i inne udogodnienia życiowe, to muszę na nie zapracować. W tym celu każdego dnia przemierzam zatłoczone, zakorkowane i śmierdzące spalinami ulice centrum, ale do domu już potrafię wrócić na noc i tam też spędzam wakacje. Jasne, że to przenośnia. Ale jaka trafna. Moje „ja” nie jest już w rękach obcych ludzi. Nie śnię po nocach o koszmarach, o ludziach z jawy, którzy nie są jak ja i żyją i myślą i jedzą inaczej ode mnie, ani o kłopotach wiążących się z wspólnym bytowaniem z nimi. Nocą zamykam oczy i widzę piękno za którym tęsknię, które znam dobrze i które niebawem odwiedzę, jak odwiedzałam je już nie raz. Bo jeśli chcę odpocząć, to nie w pracowitej codzienności, bo gdybym na co dzień pracując odpoczywała, to cały świat musiałabym wpuści do swojego domu, a to nie jest domena czterdziestki.

Z wielu rzeczy jestem dziś zadowolona, ot choćby z własnego ciała, które uniosło ciężar trzech ciąż i nie straciło na nim wiele. Cieszę się ze zdrowia: sprawności fizycznej i psychicznej. Z tego, że ciągle mam siłę i odwagę, aby uczyć się nowych rzeczy, które pozwalają mi zyskać czas. Mam już co prawda różne umiejętności mniej lub bardziej przydatne, mniej lub bardziej na miejscu, jak dla kobiety. Mam i swoje wielkie, małe sukcesy.

A poza sobą  największą radość znajduję w rodzinie, szczególnie w dzieciach. One mnie pchają do przodu, podnoszą kiedy jestem słabsza i dają tego niesamowitego kopa do działania.

 

Około czterdziestki człowiek musi też zmienić kilka poglądów na temat ludzi. To się ściśle wiąże z doświadczeniami. Ja dotarłam do etapu, w którym najbardziej na miejscu jest zasada „nic na siłę”.

Puściłam wolno związek z facetem, którego kochałam i z którym spędziłam dwanaście i pół roku. Nie miałam już siły na poświęcanie się i poświęcanie znowu, za łyżkę goryczy na „dzień dobry”. Umarła więc moja seksualność. Pewnie gdybym była w normalnym związku ona by się po prostu wyciszyła, ale z racji sytuacji u mnie ona umarła. Nikt, ani nic nie podnosi mi dziś ciśnienia w wiadomym kierunku, nawet o jeden stopień. To sytuacja komfortowa, bo nareszcie mogę być panią własnego serca.  Dobrze mi z takim poziomem hormonów, bo mam bliżej do swojej podświadomości. Puściłam też wolno przyjaźń, która okazała się być równie uzależniona od mojego ciągłego o nią zabiegania. Dziś jestem wolna i dobrze mi z tym. Ani jedna z tych dwojga ważnych dla mnie kiedyś osób nie dzwoni, nie pyta się co u mnie, ani jedno z nich nie okazało się potrzebować mnie na równi z tym jak ja jej potrzebowałam. Potrzebowałam, tak potrzebowałam. Dotarcie do tego miejsca było bolesne, uświadomienie sobie tej nierówności było bolesne, ale minęło, dziś rany się zabliźniły. Te dwa uczucia, które skupiały się u mnie na konkretnych jednostkach dziś podzieliły się na ogół. To jedno z najciekawszych doświadczeń mojego obecnego życia. Ofiarowuje część swojego uśmiechu obcym, ale tylko na chwilę, bo zaraz mnie ciągnie do następnej osoby, też tylko na chwilę. Za dużo ich przeoczyłam przez tyle lat. Jak ja to nadrobię?:) Nie wiem, ile mi zostało czasu na te chwilki. Na sprzedawców, przypadkowych towarzyszy podróży, sąsiadów i innych obywateli świata. Dziś jestem w stanie zrozumieć niektóre staruszki uśmiechające się do każdego, jak do własnego wnuka, dziecka… tak przyjaźnie, łagodnie i tak na chwilę, nic nie oczekując w zamian. One potrafią jak nikt inny rozdawać chwilki, bo wiedzą już jak nietrwali są ludzie z ich uczuciami, jak ważne są te chwilki i ile sprawiają przyjemności.

 

 

Ale kiedy przyjdzie ten dzień, ten wielki dzień, to zapewne tak, jak obiecałam pewnym osobom, wypiję z nimi za dużo. A co tam, raz nie zawsze. I jak nic na drugi dzień nie będę się czuła najlepiej, ale czy to będzie aż takie ważne. Czy nie jest najważniejsze to, że warto było przeżyć tych czterdzieści lat żeby wiedzieć to wszystko co się wie i przyjąć to do siebie i zaakceptować. Żeby móc wypić, odświętnie jak nigdy… wypić. „Zdrowie wszystkich, którym udało się, którym starczyło czasu, na to żeby przekroczyć granicę. Zdrowie tych spełnionych jak nigdy i zrównoważonych jak nigdy. Zdrowie szczęśliwych czterdziestolatków”.            

SZCZELINIEC WIELKI 2/28

Mówią, że nie ma dwóch takich samych wejść na tę samą górę, że za każdym razem jest inaczej…

 

Po zdobywaniu Ślęży moje oczy miały niedosyt piękna w najczystszej postaci, a moja głowa miała głód ciszy i spokoju. Potrzebowałam odseparować się od tłumów turystów i zrekompensować sobie i dzieciom brak widoków ze szczytu wspomnianej Ślęży. I nie przeraziła mnie późno popołudniowa godzina, a może właściwiej byłoby określić ją jako wieczorną, bo kiedy wysiedliśmy na parkingu w Karłowie, było już po osiemnastej.

 

Droga do Karłowa to „szosa stu zakrętów”. No, może to lekka przesada, ale jest ich sporo. A przy tej drodze jeżdżą rowerzyści, chodzą piesi i machają kciukami autostopowicze. Jednym słowem trzeba zachować wzmożoną czujność. Bo kierunki są dwa, a oczy co chwila znajdują coś urzekającego. Tylko boki drogi wyglądają niesympatycznie i nie wymagają bliższego poznania.

blog138.1

Poprzednio Szczeliniec Wielki odwiedziłam w zeszłym roku, w środku lata. Zachwyciłam się tym miejscem. Góra nie jest wymagająca, a daje przyjemności wizualnych w nadmiarze, w stosunku do poniesionego wysiłku. To swoisty prezent od losu. Miejsce urokliwe na każdym swoim skrawku.

Ale ktoś nam ten prezent sprawił.

blog138.2Franciszek Pabel (ur. 17.XI.1773 w Karłowie, zm. 2.VI.1861 tamże) – sołtys Karłowa, jako pierwszy oficjalnie mianowany przewodnikiem turystycznym w Sudetach, twórca trasy turystycznej na Szczeliniec Wielki. Wykonał 665 kamiennych stopni prowadzących na niezdobyty dotąd szczyt.  ( http://bialczynski.pl/slowianie-w-dziejach-mitologia-slowian-i-wiara-przyrody/straznicy-wiary-slowianskiej-wiary-przyrodzoney/o-slaskiej-swiatyni-swiatla-i-wiary-przyrodzoney-slowian-i-niemcow/franciszek-pabel-z-karlowa-1773-1861-slaski-straznik-wiary-slowian/ 26.05.2016)

Z południowych tarasów Szczelińca w kierunku Karłowa prowadzi kręty szlak składający się z 665  schodów (zbudowane w 1827 r.). Po II Wojnie Światowej były one zniszczone i niedostępne dla turystów. W roku 2000, Park Narodowy Gór Stołowych wyremontował schody powrotnie… (http://chataalelipa.pl/prxewodnik/gory-stolowe/szczyty/szczeliniec-wielki.html 26.05.2016)blog138.3

Szczeliniec Wielki to najwyższy szczyt Gór Stołowych o wysokości 919 m n. p. m. Różnie był nazywany w przeszłości, w zależności od tego, kto chciał go nazywać. Inaczej zwał go Niemiec (Heuscheuer Grosse), Czech (Hejsovina) a inaczej Polak (Siennica, Hejszowina, Stołowa Góra, Spękany Szczyt …)

Góra ta, zresztą jak wiele innych gór nie służyła tylko i wyłącznie do celów turystycznych.

Góra Hyszowa w Sudetach to odwieczne uroczyszcze, w którym do XIX wieku urządzano tajemne zbory i odprawiano obrzędy. Góra składała się z dwóch szczytów zwanych Małą i Wielką Hyszową (dzisiaj Mały i Wielki Szczeliniec). W którejś z pobliskich wiosek zawsze zamieszkiwał żerca Strażnik Góry, należący do pewnej gromady stróżya. Był on opiekunem tamtejszego uroczyszcza poświęconego  Kaukom-Alkom – Czarnogłowowi i Białobodzie. ( http://bialczynski.pl/slowianie-w-dziejach-mitologia-slowian-i-wiara-przyrody/straznicy-wiary-slowianskiej-wiary-przyrodzoney/o-slaskiej-swiatyni-swiatla-i-wiary-przyrodzoney-slowian-i-niemcow/franciszek-pabel-z-karlowa-1773-1861-slaski-straznik-wiary-slowian/ 26.05.2016)

Znalazłam też informację, że swego czasu chciano z owej góry zrobić fort, twierdzę niezbytą.

I bardziej współczesną ciekawostkę, że na Szczelińcu Wielkim a dokładniej w Piekiełku kręcone były sceny do filmu „Opowieści z Narnii: Książe Kaspian”.

 

blog138.4 Ktoś wyliczył, że wejście na szczyt zajmuje pół godziny…

blog138.5

… i nie pomylił się, ponieważ średnio tyle właśnie czasu potrzeba, aby dojść do schroniska PTTK „Na Szczelińcu”.

A w schronisku można napić się gorącej czekolady, która jest w cenie osiem złotych od kubka. Tylko, jaka to  jest czekolada? Z bitą śmietaną i posypką czekoladową. Z wierzchu bomba cukrowa, pod spodem ciecz gęsta od ilości kakao.

„Na Szczelińcu” można także skorzystać z pieczątki, i samodzielnie wycisnąć ślad w książeczce KGP.

Jak się dowiedzieliśmy najwyższy punkt Szczelińca Wielkiego stanowi Tron Liczyrzepy (czyli Ducha Gór), położony na trasie turystycznej, płatnej w określonych godzinach i dniach.

Kasa była zamknięta więc nie musieliśmy uiszczać opłaty. Po pięciu minutach wędrówki trasą turystyczną dotarliśmy do owego tronu. Po schodkach w górę wspięliśmy się i… o dziwo był ktoś, kto zrobił nam zdjęcie. Zakochana para oglądająca góry kładące się do snu. blog138.6

Zachód słońca coraz mocniej zaciemniał obraz gór, a do tego znalazł sobie sprzymierzeńca w postaci lekkiej mgły. Słońce ukryło się za potężnym kamieniem i zerkało na nas pytając: czy aby wiemy, że czas na nas?

Część płatna, czyli droga powrotna to taki mały „żart”. Szczeliniec prowadzi przybysza do „Piekiełka”, gdzie potrafi dać mu solidnego kuksańca, bo ów nie spodziewa się nawet tego, co zastanie.  

 …zwiedzanie od 10 maja do 31 października jest płatne i trwa około godzinę. Poza tym okresem oblodzony i bosko opustoszały Szczeliniec zwiedza się na własną odpowiedzialność. Na początek przewidziane jest „Piekiełko” – głęboka na ponad 20 m szczelina, gdzie jeszcze w lipcu zalega śnieg…(http://www.karkonosze.ws/szczeliniec_wielki_artykul_38.html 27.05.2016)

blog138.7

blog138.8Dla porównania z lewej obraz z końca kwietnia tego roku, a z prawej z lipca zeszłego roku.

Jeszcze raz pod górkę…

blog138.9

…i z górki…

blog138.10

…kilka szczelin

blog138.11

Te szczeliny momentami naprawdę są małe i myślę, że niejeden turysta miał problem, żeby się przez nie przecisnąć. Być może nie dał rady i musiał szukać innej drogi pomiędzy błędnymi skałami.

I wycieczka skończona. Przebiegała raz ślizgiem,  raz w śmiechu, chwilami w grozie.

Poza zakochańcami na „Tronie Liczyrzepy”, przez całą drogę powrotną do Karłowa, tylko na samym końcu trasy spotkaliśmy kilkuosobową wycieczkę. Zupełna samotnia. Cisza i jeszcze raz cisza.  Coś czego potrzebowałam w tamtym czasie.

 

Ukoronowaniem dnia było jednak coś innego. Po „szosie stu zakrętów”, wracaliśmy już w kompletnej ciemności, wolno… I całe szczęście, że wolno, bo zza zakrętu, z lasu, wyszło nam na drogę, prosto pod koła pięć saren. Zaświeciły oczami. W tym momencie nie wiem czy one, czy my byliśmy mocniej zdziwieni z tego spotkania.

 

Matka natura najwidoczniej pomachała nam na drogę, uśmiechając się do nas, aż pięć razy.

ŚLĘŻA 1/28

Już z daleka  nas przyzywała. Wysoka góra pośród równin. W blasku słońca wyglądała tak łagodnie, a jednocześnie bardzo dostojnie. Jak królowa matka przyglądająca się  swoim poddanym z wysokiego tronu. Ozłocona ciepłymi promieniami, pokolorowana zielenią i wywyższona na dużej przestrzeni… czekała, choćby na nas… czekała, choćby na ciebie…blog137.1Kiedy pomyślałam o zdobyciu szczytu Ślęży, zerknęłam na tabelę. Owa pani jest na dwudziestym siódmym miejscu pod względem wysokości nad poziomem morza, (jeśli najwyższą usytuujemy jako pierwszą) na liście gór Klubu Zdobywców Korony Gór Polski. Ma zaledwie 718 metrów i należy do pasma zwanego Masywem Ślęży.

 

To góra z numerem jeden do naszej, czyli mojej i trójki moich dzieci Korony Gór Polski.

 

718 metrów, co to za wyczyn? -  pomyślałby ktoś – pewnie spacerkiem pół godziny drogi. I tu byłby w błędzie, bo na Ślęży jest duże przewyższenie. Nie dojeżdża się do wysoko położonej miejscowości. Dla porównania Karpacz z którego wyrusza się na Śnieżkę jest położony 885 m n.p.m. Śnieżka ma 1602 m n.p.m.

Śnieżka: 1602-885=717

Sobótka jest położona 150 m n.p.m, a Ślęża ma 718 m n.p.m.

Ślęża: 718-150=568

Różnica pokonywanego przewyższenia  717-568=149

Należy więc pokonać o 149 metrów mniej niż zdobywając Śnieżkę. A trasa nie jest tak przygotowana jak na Śnieżkę. Jeśli ktoś wybiera sobie niebieski szlak na Ślężę, to musi się przygotować na wysiłek. Ale bez obaw, moje siedmioletnie dziecko dało  radę.blog137.2

Wyruszyliśmy z Sobótki zachodniej. Samochód zostawiając na parkingu, asfaltową drogą powędrowaliśmy w kierunku zamku. Wybraliśmy niebieski szlak. Pokonanie dystansu z parkingu na szczyt zajęło nam godzinę czterdzieści minut. I zaręczam, że nie było łatwo.

Początkowo błoto, a później liście i kamienie. Patrząc pod nogi można było zapomnieć o pilnowaniu drogi.

Szlak wyznaczały początkowo znaki na kamieniach i strzałki na ziemi (raz zielone, raz niebieskie), a potem już tylko znaki na drzewach. Szlak niewiele się różni od reszty lasu. Bywają odcinki, gdzie brak jest wyraźnej ścieżki, jaka była na początku szlaku.blog137.4

Co prawda nie zaczepiały nas niskie gałęzie, niewiele też było powalonych drzew. Ale i nie było rowerzystów, bo warunki nie sprzyjały. Nam najwięcej trudności sprawiały zeszłoroczne liście, zalegające jeszcze choć to był ostatni dzień kwietnia. blog137.3Można było się na nich poślizgnąć. W najmniej odpowiednim momencie „połasić się” na zająca, który jak wiadomo jest zbyt szybki i zbyt iluzoryczny.blog137.5blog137.6Na wierzchołku góry, w Domu Turysty podbiliśmy książeczki KGP, zwiedziliśmy kościółek i odnaleźliśmy najwyższy punkt. Miejsce to znajduje się za kościółkiem, patrząc na obrazek poniższy, po lewej jego stronie.blog137.7Szczyt to punkt, nad którym wybudowana jest wieżyczka. Obecnie remontowane są jej schody, więc zdjęcie można sobie zrobić na tle napisów zabraniających wchodzenia.blog137.8

A widoki z góry? W większości nie ma dostępu do tego dobrodziejstwa. Zbyt dużo drzew zasłania panoramę.

blog137.9

 blog137.10

 

Ślęża uznawana jest za górę magiczną. Interesują się nią badacze przyrody, anomalii pogodowych, ufolodzy, historycy, wędrowcy itd. A o co właściwie się rozchodzi? O skrawek ziemi dziesięć kilometrów na trochę ponad sześć kilometrów.

 

W masywie Ślęży występuje ponad 370 gatunków pająków, co stanowi połowę wszystkich występujących w Polsce ( bywa to uznawane za dowód wibracji góry i istnienia tzw miejsc mocy, do których lgną pająki)… wykryto 61 gatunków ślimaków… lista występujących tu motyli obejmuje około 70 gatunków (http://www.zobten.com/?dzial=ciekawostki 18.05.2016 )

 

Ślęża jest miejscem, gdzie występuje największa w Europie częstotliwość burz z wyładowaniami elektrycznymi… Wiosna zaczyna się dwa tygodnie później, a lato jest o trzy tygodnie krótsze… notuje się znacznie większe opady  – rocznie 650-800 mm, gdy na nizinach tylko 450 – 650 mm…Częściej występują tu mgły i wiatry… Z tymi właśnie warunkami klimatycznymi wiąże się nazwa góry – słowiańskie słowo „ślęg” oznaczało wilgoć. (jedna z teorii na temat genezy nazwy) (http://dzienniklesny.pl/turystyka/gora-slowian-sleza/ 18.05.2016

 

Ślęża była miejscem kultu religijnego już w epoce brązu (700 r. p n. e.). Po tamtych czasach pozostały kultowe rzeźby z granitu i tajemnicze wały usypane z kamieni wokół szczytów Ślęży, Raduni i Wieżycy – dwóch mniejszych szczytów masywu. (http:///www.szlakikulturowe.dolnyslask.pl/o-szlakach/szlak-sw-jakuba-droga-slezanska/opis-glownych-obiektow-na-szlaku/sobotka-gora-sleza/ 18.05.2016 )

 

Każdy, kto się tutaj wybierze, trafi w końcu a to na pełnego wiary radiestetę szukającego zawalonych tuneli, a to na ubranego jak partyzant eksploratora, który penetruje teren z wykrywaczem metalu albo na długowłose damy w powłóczystych sukniach odprawiające czary. Choć Ślęża nie jest wielka jak Mount Everest ani słynna jak Olimp, to wzbudza o wiele więcej emocji niż jakiekolwiek inne wzniesienie. Dlaczego? Bo wyrasta nieoczekiwanie na pustej przestrzeni. Miłośnicy góry wierzą, że trzeba ją poznać, zrozumieć i szanować, żeby zechciała się odezwać. Ich zdaniem Ślęża jest żywym organizmem a nie tylko wielką kupą skał i ziemi. (http://historia.focus.pl/polska/swego-nie-znacie-masyw-slezy-to-prawdziwa-kopalnia-zagadek-1697 19.05.2016 )

 

W ciągu wieków narosło wiele legend i tajemnic dotyczących powstania góry. Według niektórych pod górą znajdują się wrota piekieł, przypadkowo zasypane podczas walk dobra ze złem. Według innej legendy, pod górą jest komnata, w której śpi siedmiu rycerzy, a ich obudzenie spowoduje koniec świata (http://dzienniklesny.pl/turystyka/gora-slowian-sleza/ 18.05.2016)

 

 

Ja czuję pewien niedosyt związany z odwiedzeniem Ślęży. Czegoś mi zabrakło. Spodziewałam się jakieś nagrody na szczycie. A tam to wszystko jakieś było niedopasowane, zmiksowane. Wieża telewizyjna, jakiś dom i samochód na podjeździe, kościół, remont schodów na szczycie i ten potworny śmietnik za ubikacjami, nie wspominając już o samych ubikacjach.

Największe wrażenie wywarł na mnie kościółek, a konkretniej jego podziemia, zimne, surowe z przeszklonym dachem stanowiącym strop. Aż mi ciarki przechodziły po plecach.

Jedno jest pewne, chcę tam wrócić. Tylko w odpowiedniejszym czasie…, kiedy będzie mniej ludzi pilnujących grillowanych kiełbasek, tańczących i śpiewających grupek zorganizowanych.

I może wejdę innym szlakiem, tak dla odmiany.